środa, 10 stycznia 2018

24. Perfekcyjna Pani Uchiha






Jestem moi drodzy! Jestem! I czuwam nad Wami, i czytam te wasze pododawane rozdziały na blogi, i staram się wszystko nadrobić! Bo trochę mnie tutaj nie było. Dlatego od razu przejdę do sedna. Fabuła mojego opowiadania jest na tyle pogmatwana, że nawet ja przywołując ją teraz na myśl troszkę się gubię. Dlatego zrobię Wam i sobie krótki spis, w podpunktach wyliczając o co mi tutaj właściwi chodziło ( bo 23 rozdziały nie pisały się przecież na marne). Być może coś mi umknie, ale generalnie chodzi mi o to, aby przypomnieć wam dlaczego historia toczy się tak a nie inaczej - i dlaczego w następnym rozdziale stanie się własnie TO. To, co tak długo planowałam i po co tak lałam wodę, starając sie nadłożyć jak najwięcej treści w relacji Sakura-Sasuke. No to do dzieła!
1. Sakura jest w śpiączce. Sasuke wraca do wioski, z początku ma złe zamiary. Spiskuje z Madarą. Chce zniszczyć Liścia. Tsunade nie żyje. Sakura jest ordynatorem - standard ;) 2. Każdy go lubi - oprócz Sakury. A jednak ciągle na siebie wpadają. Haruno utrzymuje kontakty z nijakim Taizo (panuje nad pogodą), tzn. jest przez niego szantażowana. Facet utrzymuje, iż wie o relacjach Sakury z Tajemniczym Członkiem Akatsuki, który już niestety odszedł. Ona boi sie ujawnienia, a w tym gniewu całej wioski. W końcu to przestępstwo 3. Sakurę nawiedza w snach duch starszej kobiety, która ostrzega ją przed Klanem Uchiha. Podobno nad dziewczyną wisi klątwa która mówi iż " Jeden Uchiha będzie jej przekleństwem, drugi ukojeniem" 4. Sasuke znajduje w chacie pamiętnik kogoś z klanu Uchiha. Nic z niego nie rozumie, więc przekazuje go Madarze. 5. Na całym świecie giną medyczne kunoichi. Są licznie znajdywane martwe i w dodatku w ciąży. Za każdym razem. Tak zginęła również mała Yuuki, córka Śpiewającego Klanu Usau. Wpływowi ludzie. 6. Sasuke zrywa kontakt z Madarą. On tez nie naciska. Zaczynają się z Sakurą troooszkę lubić. 7. Seria zdarzeń prowadzi do niefortunnych zaręczyn Sakury i Sasuke. 8. On próbuję poderwać ją, ona jego. Ciąąągle się mijają... Mam nadzieję, że to wszystko! Już więcej nie truję! Na zachęte kopiuję skrawek z poprzedniego rozdziału - dla lepszego wdrążenia! ;) Miłej lektury!
[Sakura i Sasuke zatrzasnęli się w wąskiej komórce]
     Odetchnąłem głęboko a potem Sakura się poruszyła. Zaledwie odrobinę, tylko lekko zakołysała biodrami. To jednak wystarczyło. Musiałem ją pocałować. Nie powstrzymałbym się nawet, gdyby Madara zaatakował Konohe, nawet gdyby niebo runęło na ziemię i nawet gdyby ktoś właśnie w tym momencie, otwierał ten przeklęty składzik.  
Pochylając się, dobyłem jej pełnych warg. Zmysłowe mruknięcie kontrastowało z zdławionym okrzykiem zdziwienia, który wydała.
Całowałem ją i całowałem a potem całowałem jeszcze trochę.
W końcu na sekundę uniosłem głowę na tyle, żeby złapać oddech, lecz sekunda wystarczyła aby ta okropna kobieta zdążyła się odezwać
   - To dlatego chciałeś żebym podniosła głowę?
    - Przestań gadać!
Pocałowałem ją jeszcze raz i z pewnością nie poprzestałbym na tym, gdybyśmy nie byli ścisnieci tak mocno, że nawet gdybym próbował nie mógłbym ją objąć
   - Sasuke? - odezwała się, kiedy znów musiałem zaczerpnąć oddechu
   - Ależ masz do tego talent!
   - Do pocałunków? - spytała bardziej zadowolonym głosem niż zapewne zamierzała.
   - Nie, do wykorzystywania każdego mojego oddechu na gadanie.
   - Och!
   - Ale w pocałunkach też jesteś dobra. Trochę wprawy i staniesz się mistrzynią.
Sakura wbiła mi łokieć w brzuch co było prawdziwą sztuką, zważywszy na ciasnotę pomieszczenia. A potem splotła ze sobą nasze dłonie.
Trwaliśmy tak, ni to z ochoty, ni to z konieczności (chodź zapewne w gre wchodziło zarówno jedno jak i drugie) przez bardzo długi czas. Czas, który ona poświęciła na żmudny monolog, bo akurat w tym momencie przypomniała się jej niecierpiąca zwłoki kwestia, niewątpliwie zaczerpnięta ze Ślubnego Elementarza Ino Yamanaki. I chodź lubiłem barwę jej głosu, nie jego chciałem w owej chwili doświadczać.
   - Mam prośbę - mruknąłem w pewnym momencie, skutecznie zatrzymując ją w połowie zdania. Delikatnie oparłem głowę o jej czoło. - Czy mogłabyś używać tych swoich usteczek do czegoś innego, niż mówienie?
   - A to dlaczego? - zdziwiła się.
  - Bo ciągle mówisz. Przestań to robić!
  - Czyżby?! - żachnęła się - Skoro tak, to ja już się w ogóle nie będę odzywać.
I odwróciła głowę, wydęła wargi i odsunęła się tyle, ile mogła - czyli o milimetr. Zrobiłem zblazowaną minę.
   - Co ty robisz?
   - Nie odzywam się do ciebie, sam tego chciałeś!
Obraziła się.
Poważnie.
Czy to ta klaustrofobiczna aura działała na nią z tam buntowniczą zjadliwością? Nie miałem pojęcia. Przecież ona nigdy nie rzucała na mnie fochów..
Co gorsza, nie wiedziałem też, jak mógłbym ją ugłaskać, mając do dyspozycji tylko, dla ironii, słowa. Akurat ich chciałem uniknąć. Akurat teraz!
Przeklęte, cholerne kobiety. Same problemy!
  - Mój Boże, Sakura uważaj na głowę!
Zaoferowana drgnęła i zadarła podbródek do góry, a gdy usiłowała dopatrzeć się powodu domniemanego zagrożenia, znowu ją pocałowałem, z całą żarliwością napierając na kobietę swoim ciałem. Nie opierała się długo, jeśli o jakimkolwiek opieraniu się może być w ogóle mowa. Od razu odpowiedziała mi z równą namiętnością, unosząc się na palcach.
  - Hej! - Tym razem nie czekała aż złapie oddech
   - Co do diabła!
   - Chyba coś słyszałam. Cicho bądź!
Przybliżyła tą swoją małą główkę do drzwi i nasłuchiwała. przytykając palec do wilgotnych warg na znak kompletnej ciszy. Następnie załomotała w drewniane wrota, aż te niemal się zatrzęsły, krzycząc jednocześnie:
    - Halo! Tutaj!
  - BOŻE ALE SIĘ WYSTRASZYŁEM! - Rozległo się natychmiast gdzieś z wnętrza domu. - Skąd dochodził ten krzyk? Ktoś tu jest?!
  - Zza drzwi! - Krzyk Sakury niemal rozerwał mi bębenki w uszach - Otwórz je!
 Niestosownie długa chwila minęła, nim klamka po zewnętrznej stronie zaskrzypiała przeraźliwie, sygnalizując nacisk. Drzwi uchyliły się, wpuszczając do środka nieco światła. Przymrużyłem oczy podczas gdy Sakura energicznie rozwarła przejście na oścież.
 Stanęliśmy twarzą w twarz z żywą postacią chodzącego szyderstwa.
   - Tego się, doprawdy, nie spodziewałam.
  Morskie oczy wpatrywały się w nas z zażenowaniem spod cynicznie uniesionych brwi, jakby ich właścicielka sama odczuwała głęboki żal, widząc nas tutaj, w takiej sytuacji. Za jej plecami czaił się Kankuro, i to niewątpliwie jego głos musieliśmy słyszeć, bo nie wydaje mi się, aby Temari było w stanie zaskoczyć coś takiego, jak nagły odgłos z innego pomieszczenia.
Mimo to oboje wpatrywali się w nas z dziwnymi minami.
Usłyszałem nerwowy śmiech Sakury.
   - Jak tutaj weszliście? - odezwałem się, targnięty nagłą konkluzją.  
  - Oknem, bo drzwi były zamknięte na setki zamków.
   - Wiem. Osobiście je wszystkie zamykałem.
Buntowniczka przyjrzała mi się z rozbawieniem, który nie często rejestrowałem w jej oczach.
  - Jak rozumiem, wolisz pukać Sakure w świętym spokoju. - Przeniosła wzrok na otwarty składzik i chwile badała jego zawartość - Dlatego przeleciałeś ją w tamtym miejscu? Cenisz sobie brak komfortu, czy to tylko ta obsesja nie zostania przyłapanym?
  - T-Temari! - Sakura zdecydowała się interweniować, wkraczając zdecydowanie pomiędzy naszą dwójkę. Chwyciłem ją za ramię, chcąc, ładnie mówiąc, zdjąć Haruno z linii ognia, ale ona zaparła się jak osioł i ani drgnęła. - To wcale nie tak! Utknęliśmy tam, bo Sasuke pomagał mi ściągnąć coś z górnej półki.
   - Co tutaj robicie? - Wpadłem w potok zbędnych wyjaśnień Sakury, przebijając się szorstkim głosem ponad jej piskliwy ton.
Kankuro rzeczowym ruchem naciągnął kaptur na głowę.
  - Ino nie mogła się tutaj dostać, kiedy akurat przechodziliśmy obok. W każdym razie spieszyła się i kazała przekazać Sakurze to.
Wręczył jej starannie owiniętą czerwonym materiałem paczkę.
Haruno chwilę oglądała niemałe zawiniątko, lecz nie zdecydowała się, mimo wszystko pokazać wszystkim jego zawartości. Delikatny uśmiech zagrał na jej wargach po czym zniknął.
   - O, skoro już jesteście! Pomożecie nam wypisywać zaproszenia! - zaćwiergotała w pewnym momencie
   - Akurat nie mogę - Kankuro bezradnie rozłożył ręce.
  - Nie w tym życiu - zgodnie poparła go Temari.
I zanim się obejrzeliśmy, już ich nie było.


[Sakura]
 Gdy tylko okno wychodzące na salon zamknęło się, znienacka zerknęłam ku stojącemu nieopodal Sasuke. Palcami pogładziłam szlachetną tkaninę, owijającą cenny tobołek i z trudem powstrzymywałam uśmiech rosnącej satysfakcji.
To stanie się dzisiaj, chodź bym miała dopuścić się gwałtu.
Nigdy nie sądziłam, że zaciągnięcie faceta do łóżka może być takie trudne. Ino z bezradności załamywała już ręce, a ja głowiłam się dniami i nocami co może być ze mną nie tak, skoro Sasuke ciągle to odwleka.
Podobno, w życiu z normalnymi mężczyznami wcale tak topornie nie jest, jeśli akurat chodzi o kwestie spędzenia ze sobą nocy. To tylko ja mam takiego wybornego pecha, że Uchiha przeszedł na drogę celibatu w momencie, w którym mu się stricte oświadczyłam. Można to zrozumieć na dwojaki sposób, ale dla własnego dobra nie wdrażałam się w zawiłość tej kwestii.
Co było owinięte w aksamitny materiał, zapytacie. Seksowna bielizna, oczywiście.
Ostatni krzyk desperacji, zaledwie iskra z dogasającego ogniska pomysłów Ino. A jednak miałam wrażenie, że to dopiero początek wojny.
  Zamierzałam ją wygrać.
  Parę dni później, gdy już nagromadziłam wystarczająco dużo odwagi, by bezwstydnie zrzucić z siebie fatałaszki, zaskoczyłam Sasuke w naszej własnej sypialni. Siedział na krawędzi łóżka, polerując katanę. Wyraźnie szykował się do spania. Miał włosy zroszone kroplami wody i nagą klatkę piersiową.
  Nerwowo poprawiłam połaty szlafroka, otaczając się nimi szczelniej i niepewnie stawiając kroki, weszłam do sypialni. Mężczyzna zerknął na mnie zaledwie kątek oka, po czym wrócił do żmudnej czynności, którą wykonywał co najmniej pięć razy w tygodniu.
  Przystanęłam, nie odzywając się. Akurat tej części, prawdę mówiąc, nie przemyślałam.
Miałam multum scenariuszy na wypadek gdyby Sasuke się odezwał, wstał, być może chociaż zwrócił w moją stronę głowę. A on dalej polerował pieprzoną katanę, jakby wcale mnie tutaj nie było.
 Kurczowo zacisnęłam ręce na odkrywającym mnie materiale, zastanawiając sie, czy jeśli bym go teraz, załóżmy, zrzuciła - to czy Sasuke udałoby się to spostrzec.
Odchrząknęłam, nie doczekując się reakcji z jego strony. Odchrząknęłam więc ponownie, tym razem głośniej.
   - Boli cię gardło? - Nawet nie podniósł głowy, a do mnie dotarł tylko stłumione odległością mruknięcie.
  - Boli mnie twoja głupota - odparowałam co istotnie dało mi kilka sekund jego cennej uwagi. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
  - Chyba nie rozumiem.
   - Ja też nie rozumiem wielu rzeczy, ty durniu.
   - Dobrze się czujesz?
Wyśmienicie wręcz! Pajac!
Nie czekając długo, w porywach złości na tego nic nie rozumiejącego osobnika, rozwiązałam sznurek i zsunęłam z ramion szlafrok, pozwalając, by swobodnie opadł na ziemię.
  - Nie chce już dłużej na Ciebie czekać - oznajmiłam w momencie, w którym ewidentnie skończyła mi się odwaga. Gdy moje ciało obiegł chłód, na skórze pojawiła się gęsia skórka.
  Niepewnie uniosłam oczy na Sasuke.
Z mocno ściągniętą twarzą, prześlizgnął rozbieganym spojrzeniem po koronkowym komplecie, który założyłam. Składał się z krwiście czerwonego gorsetu połączonego ze stanikiem, oraz kusych fig, od których ciągnęły się dwie tasiemki, łączące się za pomocą klamry z przewiązką na udzie. Cienki materiał bielizny przeplatał się z kawałkami odsłoniętej skóry, tworząc bardzo fikuśną kombinacje dla wyobraźni. Krój zmysłowo opinał moją sylwetkę, unosząc biust i zwężając talię. Część przeznaczona na piersi, pozostawała niemal przeźroczysta.
  Sasuke długo nic nie mówił, sprawiając wrażenie osoby, która zapomniała jak się to robi. Miał lekko otworzone usta i mrugał systematycznie co 2,5 sekundy, z każdym ruchem powiek wpędzając mnie w coraz większe kompleksy. Speszona odwróciłam spojrzenie, robiąc jeden krótki ruch, z którego równie szybko zrezygnowałam. W wyniku tego po prostu zawahałam się w połowie czynności, z ręką wyciągniętą jakby do powtórnego pochwycenia szlafroka.
   - Jak ty nic nie rozumiesz! - palnęłam, bezpowrotnie tracąc nadzieje, że cokolwiek z tego będzie.
Uchiha wciąż nie poruszył się ani nawet nie odezwał. Miałam wrażenie, że po tym wszystkim wróci do beznamiętnego czyszczenia swojej katany. Z resztą. Wcale bym się nie zdziwiła! Ani trochę!
  On tymczasem wstał i odprowadzany przez moje czujne spojrzenie, zbliżył się. Powoli pochwycił najpierw moją jedną dłoń, następnie drugą i obie obdarzył czułym pocałunkiem.
  - Ja również mam tego dość, Sakura - Objął mnie, przygarniając bliżej - Chodź do mnie.
To, co wtedy poczułam, nie da się opisać słowami.

Przybił mnie do komody po czym posadził na jej krawędzi.
Całował łapczywie, nie zważając na oddech.
Dotykał, pieścił. Gwałtownie zsuwał ramiączka mojej bielizny za pomocą zębów.
Dyszałam wprost w jego ucho, gdy sunął ustami po mojej szyi, podgryzając ją i szczypiąc.
Szybko pozbył się wiązania gorsetu, sunąc niecierpliwymi dłońmi po całym moim ciele.
Wiłam się pod jego dotykiem. Trwałam przygnieciona słodkim ciężarem.
  - Sasuke - wyszeptałam, przywierając do niego tak ściśle, jak tylko mogłam.
Nie odpowiedział, jak zwykle. Ubogość słów zastąpił różnorodnością czynów.
Ujął nagie piersi, wywołując spazmatyczny jęk z krtani. Mojej krtani.
Wygięłam się, niczym oblubienica łaknąca kolejnego dotyku.
Więcej. Więcej.
Gorąc jego skóry ogarniał wszystkie zamroczone zmysły, wprawiając w stan obezwładniającej ekstazy.
Odchyliłam głowę, gdy wilgotnym językiem ogarnął lewą pierś.
Westchnęłam, czując niecierpliwą, męską dłoń na swojej kobiecości.
Zamarłam…
… gdy usłyszałam odgłos gwałtownie otwierających się drzwi wejściowych.

Sasuke odsunął się w ułamku sekundy, a ja, nieco wciąż otępiała, w ostatniej chwili doskoczyłam do leżącego na łóżku szlafroka i owinęłam się nim, czując jak gorąc policzków niemal wypala mi dziury na skórze.
    Do naszej sypialni wpadła jasna strzała, i tylko blond włosy udało mi się zarejestrować, nim pomieszczenie ogarnął gwałtowny błysk, szmer, a po nim dźwięk elektrycznych wyładowań. Wszystko we mnie było zbyt niestałe, bym mogła na bieżąco rejestrować właśnie rozgrywający się dramat.
   - Zdychaj Naruto!
  - Teraz to coś poważnego! - Odkrzyknął, a wtedy szybko odnalazłam poważne spojrzenie lazurowych oczu. Wzrok, którym poczęstował naszą dwójkę, odczułam jako uderzenie potężnym obuchem prosto w głowę. Naruto przepełniał strach, i nie był to strach przed własną śmiercią. Zabójcze Chidori Sasuke ustało, pozostawiając po sobie cisze.. którą szybko wypełniły głośne oddechy Uzumakiego. Miał rozwiane włosy i na wpół zapięty polar, spod którego wystawał sprany materiał jego piżamy. - Shikamaru został zaatakowany. Umiera. Sakura, potrzebujemy twojej pomocy.



  - 8 mililitrów adrenaliny!
Polecenie za poleceniem. Trzęsące się dłonie... Nachylałam się nad zakrwawionym, bladym Shikamaru, naprzemiennie naciskając ranę i zaciskając zęby. Sala szpitalna przemieniła się w istne pole bitwy.
Bitwy o jego życie.
  I tylko ja, tylko te moje cholerne trzęsące się ręce i rosnąca gula w gardle wiedziały, jak bardzo jest źle. Jak bardzo rana jest rozległa. I jak wiele krwi Nara już stracił.
Wszystko, włącznie z moim różowym szlafrokiem który narzuciłam na siebie w pośpiechu, kryjąc przed zdemaskowaniem było utaplane w czerwonej posoce.
 Gwałtownie zerknęłam na ekran niewielkiego monitora, który w przeciągu ostatnich kilku sekund zawył głośno, boleśnie ściskając tym samym moje serce
  - Zatrzymał się! - zawołałam, natychmiast doczekując się reakcji wykwalifikowanego zespołu. Krzątanina plątała się z chaotyczną grą igieł i leków. - Tlen! Adrenalina! Szybciej!
Tylko bóg wie, jak wiele desperacji kryły w sobie moje krzyki.
 - Skończyła się krew! - zawołał ktoś - Nie mamy już tej grupy!
 - Kurwa mać! - odkrzyknęłam, chodź nie miało to nic wspólnego z profesjonalizmem.
Dosłownie wszystko na raz starało się mi przekazać w jak głębokiej dupie jesteśmy.  
Nachyliłam się jeszcze mocniej, całym ciężarem ciała napierając na głeboką ranę, umieszczoną gdzieś ponad nieco innym, równie poważnym draśnieciem.
Najprawdopodobniej Shikamaru padł ofiarą bardzo wyrafinowanego ostrza, a następnie przyjął na siebie uderzenie techniki ognia. Na to wskazywały liczne poparzenia i zwęglone, nadpalone ubranie.
 Szybka reanimacja pozwoliła na wznowienie czynności życiowych. Byłam cała spocona, działałam jak w transie, bezmyślnie ale za to z diabelską precyzją. Miażdżyłam w palcach każde napotkane naczynie krwionośne, byleby tylko zniwelować krwawienie.
    Zerknęłam z ukosa na twarz chłopaka. Była blada, bez wyrazu. Jakby już był martwy. Pokiwałam głową, zacisnęłam wargi i zwiększyłam obszar leczenia, naraz starając sie objąć cały ogrom obrażeń. Świeża krew wciąż wypływała z ran.
Nieznośne piszczenie z tyłu głowy narastało z każdym wypowiedzianym słowem.
 A jednak klęłam i klęłam i klęłam.
  - Hogu no Jutsu!
Pieczęć rozpowszechniła sie po moim ciele, na moment obejmując również ciało chłopaka po czym… nagle wycofała się.
  - Próbujesz już tego po raz trzeci, odpuść. Nie jesteś w stanie wyrzucić z siebie aż tyle chakry! - Hinata stała obok, będąc jedną z tych par dłoni, które również w sposób zdeterminowany acz nie skuteczny usiłowały coś zrobić.
Zaparłam się jednak, niepomna na jej słowa i spróbowałam jeszcze raz i jeszcze, aż całkiem zabrakło mi tchu.
Tymczasem czas leciał, a każda drogocenna sekunda niepowodzeń oddalała wizję przywrócenia Shikamaru do życia.
   - Traci coraz więcej krwi. Nie utrzymamy tego!
 -  Spokojnie Sakura. Wszystko będzie dobrze.
Ino zajęła miejsce po prawej stronie, stając ze mną ramię w ramię. Była zdeterminowana, widziałam to zaledwie kątem oka, a jednak ton jej głosu był spokojny.
Położyła dłoń na mojej dłoni, wzmagając przepływ chakry.
  - Ufam ci, Haruno. Dlatego wiem, że nie spieprzysz tego tak jak ja spieprzyłam sprawę z Asumą.
  - Wcale..
  - Już nic nie mów. - wzięła dwa głębokie wdechy, po czym widząc pot spływający z mojego czoła, dodała: - Pamiętasz technikę transfuzji krwi, którą ćwiczyłaś na szczurach?
Niepewna jej zamiarów, z wahaniem skinęłam głową.
Dziewczyna nerwowo odrzuciła grzywkę.
 - Nie uleczymy Shikamaru, jeśli się przed tym wykrwawi. Ma rzadką grupę krwi, z resztą, tą samą co ja.
  - Nie ma mowy. - skontrowałam twardo
  - Nie ma innego wyjścia.
  - Żaden szczur nie przeżył tej techniki, Ino na boga! - Zamrugałam kilkukrotnie, rozpędzając rozmazany przed oczami obraz. ZIelona poświata zafalowała, grożąc rozpadem. Zacisnęłam zęby. - Nie ma mowy. Nie zabije was obu.
  - Nie zabijesz nikogo. - Ino wzmogła przepływ czakry między naszymi dłońmi, stabilizując sytuację.
Raz jeszcze zerknęłam na ekran urządzenia monitorującego funkcje życiowe. Tętno było niepokojąco niskie.
- Mamy mało czasu, Sakura.
Jej głos docierał do mnie jakby zza ściany i boleśnie obijał się o wnętrze skołatanej czaszki. Wiedziałam to, mając świadomość jak dużo czasu już i tak, do jasnej cholery, straciliśmy.
Spojrzałam na spiętą twarz Ino, krzyżując z nią spojrzenia.
I wtedy podjęłam decyzję.
  - Dobrze… Położ się obok i trzymaj kciuki - Zakasałam wyżej rękawy, starając się nie zwracać uwagi na zmartwiony wzrok Hinaty. Tymczasem Yamanaka wykonała polecenie, mieszcząc się na maleńkim skrawku szpitalnego łóżka, zaraz obok Shikamaru. - Zaczynamy. Rozetnę Ci żyły…


 - Kto mógł to zrobić? Kto!? I jak to w ogóle możliwe?!
  - Uspokój się Naruto i przestań drzeć tego ryja. To jest szpital. - Położyłam dłoń na czole, próbując ukoić dokuczliwy ból głowy
  - Za to ja proponuję, żebyś się poszła teraz położyć.
  - Ty Sasuke też się zamknij.
 - Co z nimi? - wtrąciła Hinata, siedząc do tej pory cicho obok swojego nienajmądrzejszego partnera, który dla przeciwieństwa wiercił się i machał tymi łapskami, nie pozwalając mi się skupić. - Wyjdą z tego?
   - To się okaże - zerknęłam na ekran niewielkiego, szpitalnego zegarka, marszcząc brwi. Był środek nocy - Stan Shikamaru na tą chwilę się ustabilizował, ale Ino będzie przez jakiś czas w śpiączce farmakologicznej
  - Sakurcia kiedy ty właściwie nauczyłaś się tego wszystkiego? - Naruto targnęła nagła konkluzja, rychło w czas, tak poza tym. Postanowiłam nie odpowiadać na to pytanie, oddając się własnym rozmyśleniom. Mimowolnie zmarszczyłam lekko brwi i zagryzłam wargę, nie zdając sobie sprawy, że każdy mój ruch jest bacznie obserwowany przez parę czarnych jak noc tęczówek.
Sasuke poruszył się, zakładając ręce na stół, po czym przemówił.
  - Skupmy się wszyscy i przemyślmy daną sytuację. Shikamaru został zaatakowany znajdując się, jeśli dobrze podsłuchałem AMBU, w samym centrum wioski. Gdzie dokładnie?
 Tutaj pytanie skierowane zostało gdzieś w przestrzeń.
Intuicyjnie wyczułam, iż nie dotyczyło żadnego z nas, siedzących obecnie przy niewielkim, okrągłym stoliku. Hinata zerknęła kontrolnie na Naruto, ten odwzajemnił jej spojrzenie.
   - Tutaj. W Konoszańskim Szpitalu - rozległo się nagle
Odwróciłam się, natychmiast dostrzegając postać Kakashiego, wyłaniającego sie zza rogu. Miał na sobie szatę Hokage, spod której wystawał flanelowy materiał ciemnoniebieskiej piżamy. Uniosłam kącik ust do góry.
  - Gdzie dokładnie? - Sasuke ponowił pytanie, zaszczycając Hatake zaledwie ułamkiem spojrzenia. Jego ton był rzeczowy i konkretny, chłodny i na tyle mroczny, że każdy przybrał poważny wyraz twarzy. Uświadomiłam sobie, jak szybko przyzwyczaiłam się do tej milszej, ludzkiej odsłony Sasuke.
A przecież on gdzieś tam w środku wciąż był bestią.
  Biorę ślub z bestią.
   Hokage długo milczał.
 - W gabinecie 306.
 - W moim gabinecie?! - huknęłam, nieświadoma z szybkości swojej reakcji
 - A więc już Cię znalazł. - stwierdził Uchiha, nie zmieniając swojego tonu. Mało tego. Wcale nie wydawał się zdziwiony. Szkoda. Bo ja o mało nie wyskoczyłam z kapci, słysząc taki niuans.
Nagle poczułam, jak przerażone spojrzenia wszystkich zebranych ciężko zatrzymują się na mojej twarzy.
  - Musimy tam jak najszybciej pójść! - zdecydowałam i nie zważając na zmęczenie nie pozwalające mi trzymać się na nogach, energicznie poderwałam się z krzesła. Naruto i Hinata poszli moim śladem. Tylko Sasuke siedział wciąż, tępo wpatrując się w swoje splecione na blacie dłonie. - No rusz się!
  - Pozostaje pytanie co Shikamaru robił w twoim gabinecie po godzinie 22? Bo w tym czasie Naruto wtargnął do naszego domu, jak zwykł to czynić ostatnio.
Gdzieś tam zabrzmiała lekka nutka zgryźliwości, szybko przytłumiona jednak przez poważny kontekst wypowiedzianego zdania.
 - Obchody strażników po korytarzach szpitala nie uwzględniają wkraczania do poszczególnych pomieszczeń - wtrąciła Shizune, która po wyjściu z sali Shikamaru oraz Ino, w niewielkim oddaleniu przysłuchiwała się naszej rozmowie. Miała na sobie lekarski kitel, co jednoznacznie wskazywało, iż to ona tej nocy pełniła nocny dyżur nad chorymi.
 - Chyba że? - Sasuke ponownie wykazał się niezwykłą przenikliwością
 - Chyba że zostanie zauważone coś niepokojącego.
  - Otóż to - Uciął po czym gwałtownie wstał, jakby wstąpił w niego jakiś szalony duch. Ruszył szybkim krokiem w stronę mojego gabinetu. Podążyliśmy jego śladem.
    Na miejscu przywitały nas lekko uchylone drzwi, a za nimi - istny chaos. Wszystkie szafki oraz naścienne półki leżały poprzewracane na ziemi, dosłownie zawalonej różnej maści papierami. Niektóre gdzieniegdzie były zabrudzone krwią, inne - spalone na popiół. Tylko biurko, jakimś cudem uchowało się, stojąc tak jak stało gdy wczorajszego popołudnia opuszczałam to pomieszczenie. Okno było otwarte na ościerz, wpuszczając do środka zimne powiewy wiatru.
Jak jeden mąż przyglądaliśmy się obrazowi masakry, starając się odtworzyć ewentualny bieg wydarzeń.  
Wtedy nagle odezwał się Uchiha
 - Czy często zdarza ci się zaparzać sobie kawy tuż przed wyjściem z pracy? - Spojrzał na mnie, po czym totalnie ignorując moje zaskoczenie ruszył do przodu i ujął w dłoń stojący na blacie, pojedynczy kubek po brzegi wypełniony ciemnym płynem. Jego czoło przecięła pojedyncza zmarszczka. - Bądź też w momencie, kiedy teoretycznie nie ma cię w szpitalu? Kawa jest jeszcze ciepła.
 - Shikamaru musiał zwabić tutaj ktoś jeszcze - Delikatny głos Hinaty pobrzmiewał niecodzienną zaciętością. Imponującym Byakuuganem świdrowała całe pomieszczenie, wkładając w to całą siebie. Naruto lekko ściskał przy tym jej wątłą dłoń. - Pod tą komodą. Na ziemi.
 Sasuke odrzucił mebel z taką łatwością jakby ten ważył conajmniej kilka małych kilogramów. Schylił się i podniósł zagrzebany wśród papierów…. nadpalony skrawek białego materiału. Uniósł go przed oczy i ilustrował, powoli obracając w palcach.
 Szybko dodałam dwa do dwóch.
  - To część naszego szpitalnego fartucha. - Energicznym krokiem przecięłam pomieszczenie, wzięłam kubek i zamaszyście obróciłam go do góry nogami, całą jego zawartość wylewając na powierzchnię biurka. Płyn zaskowyczał złowieszczo, natychmiast się spieniając. Cichutkie bulgotanie wypełnio pokój. - Ktoś dodał mi kwasu do kawy, sądząc, że to wypije! - rzuciłam nieco histerycznie
 - Tylko kto? - zmartwił się Kakashi, groźnie ściągając ku sobie obie brwi.
Natychmiast spojrzałam na Sasuke. Sasuke spojrzał na mnie.
  - Nanami - wyszeptaliśmy oboje, w tym samym momencie przenosząc wzrok na otwarte okno. Złowieszczo ziejący otwór przywracał na myśl jedynie strach i oficjalnie niewypowiedzianą groźbę. Firany zafalowały gwałtownie pod wpływem mroźnego wiatru. Skoro Nanami nie ma tutaj ani gdziekolwiek indziej....
Poczułam, jak jeżą mi się włosy na ciele.
  Nagle z dolnego piętra dobiegło do nas jakieś zamieszanie. Głośne kroki, krzyki a w końcu - przeraźliwe łomotanie. Zrobił się niebywały szum, gdzieś tam upadło na ziemie powalone krzesło. Wszechobecny harmider potęgowały tylko błagalne głosy pielegniarek i pouczające, męskie polecenia doktorów. Ktoś głośno zawołał ochronę.
Zdekoncentrowani, tłumnie zbiegliśmy na dół. Naruto przodował i to on pierwszy wybiegł na korytarz, natychmiast zatrzymując na sobie postać drobnej pielęgniarki, odrzuconej z taką siłą, że blondyn aż zachwiał się na nogach.
  - Wpuście mnie tam! Wpuśćie! - Wrzeszczała niczym w amoku cztero-kitkowa terrorystka, naprzemiennie odpychając medyków i dobijając się do zamkniętych drzwi sali Shikamaru.
Sześć osób próbowało odciągnąć tą jedną, stosunkowo niewielką kobietę zwaną Demonem Pustyni od przejścia a ona nie drgnęła ani o milimetr, mało tego, ciągle miała wolną rękę aby szarpać za klamkę. - Musicie mnie tam wpuścić! Co z nim?! Musicie! Muszę go zobaczyć!
  Zobaczenie Temari w takim stanie było... bardzo pouczającym doświadczeniem. Niemal udzieliła mi się jej panika, trzeźwość umysłu zapewniała jednak świadomość, że z Shikamaru wszystko jest w porządku. Teraz jego stan musi się ustabilizować, a później będzie tylko lepiej.
Ja jednak wiedziałam.
Ona jeszcze nie.
 - Wpuśćcie mnie! Sakura!! - Dobiła do mnie w ułamku sekundy, i tak mocno uczepiła się palcami moich ramion, że na sto dwa porobiła mi na nich siniaki. Zrównałam się z nią spojrzeniem, w dużych, morskich oczach dostrzegając jedynie przeraźliwą rozpacz.
Serce ścisnęło mi się z żalu, po czym ścisnęło ponownie na myśl o tym, jaką krzywdę muszę jej teraz wyrządzić. Taka sytuacja nie zdarza się jednak dwa razy, a ja musiałam kuć żelazo póki gorące.
Za ten czyn będę się smażyć w piekle, pomyślałam, a później wyrzuciłam z siebie te słowa:
  - Niestety… Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy….Rany były zbyt poważne.. Przykro mi, Temari.
Cisza.
Przez pierwszą sekundę nie działo się nic, później zaś całą reszta przyszła niemal w tym samym momencie.
Twarz kobiety raptownie pobladła a wyrazistość oczu,w  tym trzeźwość spojrzenia zatraciła się, i chodź Temari stała cały czas bez najmniejszego nawet ruchu to coś w niej samej uległo drastycznej przemianie. Stojąc najbliżej, dobrze widziałam tragedię która nią wstrząsnęła.
  I nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, czemu zaszczyt przypisywałam ciągłemu przebywaniu z Sasuke - mistrzem takich podłych, nieczułych szopek. Kiedyś jeszcze bym się tym zmartwiła. Teraz? Wychodzę z założenia, że cel uświęca środki.
Perfekcyjna Pani Uchiha. Nowa Ja doskonale nadaje się do tej chorej rodzinki.  

   - Pozwól mi go zobaczyć. - CIchy głos Temari dotarł tylko do mnie niczym najskrytsza z próśb. Kobieta nadal trwała w stanie skrajnego niedowierzenia. Morskie tęczówki były mętne, nieobecne, wpatrzone gdzieś w dal tak odległą, że niedostrzegalną dla zwykłego człowieka a ona sama..sprawiała wrażenie rozbitej, ale nie zniszczonej. Nie uroniła ani jednej łzy, jakby myśląc czy domniemana śmierć Shikamaru jest w ogóle tego warta.
vvI gdybym jej nie znała, pomyślałabym, że ta wiadomość w ogóle jej nie obeszła. No Subaku jednak wbrew wszystkiemu nie była kobietą która z miejsca rzuca się w wir skrajnych emocji..
 - Chodź ze mną.
Cichutko otworzyłam drzwi, przekręcając w nich malutki kluczyk i wpuściłam ją pierwszą, zupełnie nie spodziewając się tego co nastąpi, gdy tylko wstrząśnięta Temari zobaczy leżącego na szpitalnym łóżku Shikamaru, który w pierwszym wrażeniu faktycznie wyglądał jak trup. Był blady niczym prześcieradło, nieruchomy, z twarzą zastygłą w jednym wyrazie.
   Wtedy też kobieta załkała głośno, a jej chudym ciałem naraz wstrząsnął rozpaczliwy szloch. Patrzyła na postać wybranka szeroko otwartymi oczami, z których nieprzerwanie lały się gorzkie łzy. Skuliła się w sobie, objęła ramionami w próbie powstrzymania tego zwodniczego odruchu, nie chcąc pokazywać żadnej słabości.. Ale gdzieś tam w środku coś musiało stłuc się nieodwracalnie, bo pierwszy raz widziałam ją w takim stanie.  
 Pozwoliłam by ruszyłą do przodu i niczym torpeda wbiła się w ciało Shikamaru, rozpaczliwie opadając na jego klatkę piersiową, skulając się na niej, obejmując go za szyję i głośno płacząc.   
Lekko odwróciłam głowę i dyskretnie dałam znać wpatrującemu się w we mnie towarzystwu że wszystko jest pod kontrolą. Zniosłam pełen pożałowania wzrok Sasuke, zasadniczo nie poświęcając mu ani sekundy swojej uwagi. Jedynie poprawiłam połaty swojego różowego szlafroka, którego nawet nie miałam kiedy przebrać.
  - Shikamaru, hej, głupku obudź sie - Łkała bez końca Temari, zawieszona nad swoim ukochanym. Słone łzy dziewczyny zatrzymywały się na jego bladej twarzy.  - Nie możesz mnie teraz zostawić, po prostu nie możesz - Mówiła, niemal dławiąc się szlochem. Pociągała nosem, łapała go za ramiona próbując ocucić. Nie ingerowałam, od czasu do czasu zerkając jednak na małe urządzenie na podłodze, którego Temari jakimś cudem nie zauważyła. Monitorowałam jego funkcje życiowe uważając, żeby to Temari przypadkiem nie zabiła chłopaka, próbą usilnego przywrócenia do życia.
   - Nie możesz, po prostu nie możesz. K-Kretynie! Durniu, idioto! Jak mogłeś... ! - ciągnęła, wtulając twarz w jego szyję co czasami pobrzmiewało jako niewyraźny, stłumiony bełkot. - Jak mogłeś zostawić mnie teraz, kiedy podobno miałeś być tutaj zawsze! Jak mogłeś zrobić to, skoro ja tak mocno cię kocham! Ty.. Ty Idioto!
  Wtedy nagle ręka Shikamaru, do tej pory leżąca bezwładnie poruszyła się. Mężczyzna najpierw niemrawo zgiął palce, aby później wolno unieść rękę i położyć ją na plecach zrozpaczonej Temari, która aż drgnęła w odpowiedzi na ten nagły kontakt. Spojrzała na twarz chłopaka szeroko otwartymi oczami. On również patrzył prosto na nią spod na wpół przymkniętych powiek. Westchnął ciężko.
  - Rety, babo, czego się drzesz…
 - Ty… Ty żyjesz! Shikamaru! Żyjesz! Żyjesz. - Nerwowym ruchem zaczęła wodzić dłońmi po jego twarzy, badając każdy jej skrawek. Wciąż płakała, tym razem jednak był to inne łzy. - Żyjesz - powtarzała bez końca
  - Jak mam umrzeć, kiedy nawet tutaj nie dajesz mi spokoju. - odpowiedział słabo, ale z humorem. Lekko uniósł usta do uśmiechu, szybko jednak zgiął je w bolesnym grymasie - Przed tobą nie ma ucieczki. Nawet w piekle mnie znajdziesz, upierdliwcu..
Czule pogładził jej wilgotny policzek, kciukiem ocierając łzę. Temari na to zaśmiała się krótko i oparła czoło o czoło chłopaka, zamykając zbolałe oczy.
   - Ja też cię kocham, Tema. - dodał po chwili, mimo widoczne odczuwalnego bólu obejmując kobietę ręką w talii.
Patrząc na to z boku, czułam jak moje serce rośnie.

        Gdy później, jeszcze pod koniec dyżuru przyszłam do Shikamaru skontrolować jego stan i podać ostatnią dawkę kroplówki w tym dniu, ten ciągle spoglądał na mnie z tajemniczym uśmiechem. Z początku to ignorowałam, zamieniając z nim jedynie kilka krótkich, prostych zdań. Nie pytałam o sfery osobiste, poruszając tylko zagadnienia kwestii zdrowotnej. Fakt faktem nie chciałam go też niepotrzebnie zamęczać teraz innymi sprawami. Musiał odpoczywać.
Akurat byłam w trakcie pomiaru ciśnienia, kiedy to On pierwszy odezwał się, uprzednio poruszywszy. Wybił mnie z zamyślenia.
 - Dziękuje Ci Sakura. Za obie te sprawy.
Podniosłam wzrok, na chwile odrywając się od swojej czynności i uśmiechnęłam do niego z sympatią.
 - To mój zawód, Shikamaru. Nie masz za co dziękować.
 - Zawodowo zajmujesz się łupaniem murów upartych kobiet z Piasku? A, to nie wiedziałem.
Zaśmiałam się pokrótce, on jednak był poważny.
 - Uratowałaś dzisiaj moje dwa życia. Zarówno cielesne, jak i duchowe. Nie wiem jak ci się odwdzięczę.
 - Nie ma nawet o tym mowy. Masz teraz leżeć i odpoczywać.  Bez wymówek. Porandkujecie jak tylko rany się zrosną. Dziękuje. Dobranoc!
 Wstałam i czym prędzej ruszyłam do wyjścia, odprowadzania przez jego rozbawione spojrzenie. Nadal był bardzo słaby, ale przytomny i w pełni komunikatywny. Dziękowałam Bogu za tą opatrzność.
 - Sakura - Zatrzymał mnie dosłownie w drzwiach. Przystanełam więc i z ręką na klamcę, odwróciłam ku niemu głowę - Wybacz, że popsułem twoje amory moim małym wypadkiem. Wyglądało na to, że w czymś Wam przerwałem.
Nie do końca wiedziałam o co chodzi i prawdę mówiąc, bałam się o to pytać.  
  - Nam przerwałeś? - Zamrugałam - Niby w czym?
Przenikliwość jego spojrzenia wywołała na moim kręgosłupie dokuczliwe ciarki, a jednak nie mogłam sobie przypomnieć, co takiego jest powodem tej konkluzji.
  - Czerwona koronka to doskonały wybór. Każdy facet zreflektuje taki wybór. - palnął nagle
  - C-Co..! - Pokraśniałam na twarzy jak dorodna świnka w dosłownie nanoułamek sekundy, natychmiast plątając się w wyjaśnieniach tak niejasnych, że nawet dla mnie brzmiało to debilnie. - Przewidziało ci się. Straciłeś dużo krwi.. To się czasami zdarza. W ogóle jak! Skąd to wiesz?- wyjąkałam w końcu
  - Miałaś to pod szlafrokiem. Wiem, przepraszam, nie powinienem był patrzeć. Ale to była ostatnia rzecz którą pamiętam przed straceniem przytomności.- Uśmiechnął się szeroko - Straszne zapadła mi w pamięć.
  Upokorzona, czerwona na twarzy i na pewno bardziej nerwowa niż przed wejściem tutaj pożegnałam się i szybciutko zamknęłam za sobą drzwi.