środa, 8 listopada 2017

Jednopartówka SS. "Miało być tak pięknie..."

Na przeprosiny za długą nieobecność.
Coś totalnie nie w moim stylu.
Zapraszam.



                                                                 I
Nigdy nie łączyłam swojego losu z innym mężczyzną.
Czarne jak onyks tęczówki, tak chłodne i wyzbyte emocji fascynowały mnie w dzieciństwie równie mocno, jak fascynują teraz, jako kobietę. Dorosłą, wykształconą, mądrzejszą, dojrzalszą, odporną na zwodnicze uroki i kłamstwa tego świata.   
Nieodporną na niego.
I sama nie wiem, co sprawiło, że zatraciłam się w tej pięknej twarzy, oschłym tonie, rozważnym stawianiu kroków; sposobie, w jaki wykrzywiał usta., chodź… chodź nie było to w ogóle uśmiechem. On bowiem nie uśmiechał się wcale.
Sasuke od zawsze był dzieckiem szarego podwórka. Lecz nigdy nie wygrzewał się w ciepłych promieniach słońca, które w każde letnie popołudnie wkradało się między piętrzące kamienice.
Sasuke chował się w ciemnych bramach. Sasuke obserwował. Sasuke wyciągał wnioski.
Każde spojrzenie czarnych jak nocne niebo oczu wprawiało moje młode, pisklęce serce w nieśmiały lot dookoła świata. I leżąc na słońcu, słysząc gwar rozmów rówieśników, zawsze wypatrywałam tych ciemnych tęczówek, tajemniczych, intrygujących, zapraszających, lecz gniewnych, niemal groźnych. A one ginęły w cieniu, zjawiając się okazjonalnie, bez ostrzeżenia, wydzielając mi tylko jedną sekundę. Nie za wiele, ale wystarczająco, bym mogła pokochać ich barwę, zapragnąć rzeczy zakazanej i niedostępnej.
Mieszkał naprzeciwko. Okno mojego pokoju, było na wprost jego okna, dzielone tylko dwudziestoma dwoma metrami. Nie mniej, nie więcej. 22, tak jak dzień, w którym się urodziłam.
 “Setki okien a mi przypadło w udziale to jedno, najważniejsze spośród wszystkich”- myślała wówczas 10 letnia Ja. Chodź to małostkowe. Dla niego był to przecież tylko kawałek szkła.. Lecz oto one, one jedyne i tylko one dawało mi sposobność, bym w każdą zimową noc, gdy niemożliwym stało się wygrzewanie na kamieniu leżącym obok piaskownicy, mogła znów poszukać w mroku jego spojrzenia. Mimo starań, nie znajdowałam go jednak wcale. Skrywałeś je pilnie, nigdy nie nabierając się na próby nieudanej zalotniczki. A ja nie miałam Ci tego za złe.
Bo nigdy nie potrafiłam się na Ciebie gniewać.
 Dziecięce serduszko, tak lekkie i ufne uwierzyło w perypetie przeznaczenia. Zaufało. Zatraciło się w tej wierze, tak zgubnej i wątłej. I wierzyć będzie. Aż do końca świata.
Tego dnia obudziłam się z niejasnym przeczuciem, że coś jest nie tak.
Powłócząc wzrokiem po nieskazitelnie białym suficie, takim jak zawsze, zerknęłam na godzinę, prezentowaną na ekranie niewielkiego budzika elektronicznego, stojącego na środku stolika, w miejscu wyznaczonym i oczywistym, nigdy innym.
Wskazywał 8:30. Tak jak zawsze.
I tak jak zawsze, nie było ciebie obok mnie, gdy się obudziłam.
Otoczona nieznaną aurą, panoszącą się zewsząd po pokoju nasączonym Twoją wonią odgarnęłam kołdrę. I przysłoniłam się nią z powrotem...
Nieznany chłód przeszył do szpiku kości nie tylko moje ciało, ale również umysł, skołatany i napięty niczym postrzępiona struna. Wiedziałam jednak, że nie wszystko da się wyjaśnić, trwając w błogim zawieszeniu między niedopowiedzeniem a niejasnością.  
Zwlekłam się z łóżka, pozostawiając za sobą bezwładnie ułożoną pościel. Obrazowała z doskonałą, czczą dokładnością wewnętrzny nieład, jaki od jakiegoś czasu panował w mojej duszy. Nie dociekając, co mogło być powodem tego stanu, świadomie zatracałam się w fałszywym poczuciu niestabilności.
I myślałam, chodź myśli bywają zgubne.
I kochałam, tak, jak kochałam zawsze.
Łączyła nas z Sasuke relacja dziwna, chodź w pewien sposób pożądana.
Zaczęło się od niewinnego spojrzenia, wirującego chaotyczne pomiędzy ponurymi blokowiskami.
Niepewnego gestu, gdy w zimowy wieczór podawałeś mi zagubioną w śniegu rękawiczkę.
Słów, cichych i zwięzłych, kiedy oświadczałeś, żebym przestała za tobą chodzić, bo nigdy mnie nie lubiłeś.
I nie wiem, w którym momencie twoja niechęć do mnie przerodziła się w coś z rodzaju wymuszonej akceptacji. Tak długo, jak nie dawałam ci spokoju, za każdym razem spotykałam się z naturalną dla Ciebie garścią ignorancji, którą częstowałeś wszystkich, bez wyjątku. Aż pewnego dnia zapytałeś, czy nie zostanę przy Tobie dłużej, jednocześnie nie mówiąc już nic więcej.
Niepewnie szerząc swą obecność wkroczyłam do kuchni, omotawszy wzrokiem otwierającą się weń przestrzeń, oraz Ciebie, swobodnie siedzącego przy stole na jednym z dwóch krzeseł. Piłeś czarną, smolistą kawę.
Włosy brązowe, przydługie opadały Ci na oczy, jednocześnie resztą stercząc swobodnie, jakbyś niedbale przeczesał je ręką i pozostawił, nie poświęcając im więcej uwagi.
Twoja twarz emanowała spokojem. Miałeś ostre, wyraziste rysy szczęki i pełne, zmysłowe usta, prosty nos, gęste brwi. Ciemne oczy osadzone głęboko, sprawiały, że nikt nie był w stanie zakwestionować twojego zdania. Na policzkach widniały ślady jednodniowego zarostu.
   Przysiadłam obok, obserwując.
Tymczasem Ty. Przeklęty, ukochany, przeklęty Ty, nie spojrzałeś, nie drgnąłeś, nie upiłeś łyka tej cholernej kawy.
  - Idź już. - rzekłeś wzamian.
 Przywykłam, by go kochać i nienawidzić jednocześnie.
Przywykłam, by za każdym razem kiwnąć głową, nie zakłócając aury natrętnej ciszy, jaką wokół siebie tworzył. Mnożyłam, warstwowałam, chłonęłam każde wypowiadane słowo, dawkowane w sposób oszczędny, chłodny, typowy dla niego. Tylko dla niego. Łaknęłam tego głosu każdym skrawkiem ciała...
Lecz tego dnia coś zmusiło mnie, bym bez zapowiedzi rozgoniła milczenie.
   - Dlaczego? - zapytałam w sposób niemal bezgłośny, z gardłem ściśniętym przez żal.
Bo krwawiłam. Codziennie, z każdym ciosem coraz mocniej.
Chcąc kochać. Chcąc trwać przy Jego boku. Zawsze. Lecz nie tak, jak On tego chciał.
 Przemilczał, rozganiając mnie gestem powolnym, lecz z rozmysłem wymierzonym. Sięgnął po gazetę leżącą na stole już od tygodnia i rozłożył ją, zapamiętale zaczytując się w przestarzałej treści.
   - Odpowiedz na pytanie - ponagliłam, siląc się na spokój
   - Nie powiem nic, co chciałabyś usłyszeć - odparł, a jego głos, w przeciwieństwie do mojego, był opanowany. Nie podniósł wzroku.
   - Od kiedy przejmujesz się tym, czego pragnę?
Uważnie dawkując mi garść swojego zainteresowania, doprawił ową emocję w szczyptę zirytowania i namiastkę zniecierpliwienia. Nie ulękłam się jego gniewu, nie zgarbiłam pod naporem przeszywającego spojrzenia.
  Powoli, zbyt powoli zamknął trzymany magazyn i odłożył go na bok, stawiając obok w połowie opróżnionej szklanki kawy i pustego talerza po kanapkach. Rejestrowałam jego czyny w skupieniu, zgadując i prognozując, co się teraz stanie. Co się może stać.
Co stać się powinno...
   - Masz rację, Sakurcio. - wymówił tylko, a mnie aż zaparło dech w piersiach.
Nienawidziłam się za tą słabość, przejawianą zawsze i tylko w jego obecności. Zawsze, gdy wypowiadał zdrobnienie mojego imienia, czynił to z chłopięcą zmysłowością, tak naturalnie i bezwonnie, jakby nic to dla niego nie znaczyło. Chodź dla mnie było wszystkim. Całkowicie niechętnie, bezwolnie, a zarazem nieco masochistycznie... i mimo wszystko, kochałam to, co ze mną robił. - Za godzinę wyjeżdżam, więc Ciebie do tego czasu ma już tutaj nie być. To wszystko - dopowiedział nagle, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie.
Te słowa zabiły mi w czaszce niczym dzwon, boleśnie szamocząc się po skołatanej pustką głowie.
To, że chwilę po wypowiedzeniu ich wrócił do studiowania gazety spowodowało, że pod moimi powiekami zebrała się gruba warstwa łez.
Natomiast jego bierność i brak zainteresowania… coś, co niegdyś tak mnie w nim pociągało, teraz rozbiło mnie na miliony kawałków. Byłam niczym wątłe szkło, cienkie i kruche. Wystarczyło jedno zdanie, by zdziesiątkować całą moją godność, całą miłość i całe zrozumienie.
   - Od kiedy to wiedziałeś? - wydusiłam, zastanawiając się poniewczasie, jak długo wytrzymałam, nie zaczerpnąwszy ani jednego oddechu.
Postanowiłam zebrać się do kupy, posklejać, chociaż na chwilę. Do czasu, aż stąd nie wyjdę, z zamiarem nie powrócenia już nigdy.
   - Co? - zapytał od niechcenia
   - Że wyjeżdżasz.
   - To nie jest Twoja sprawa.
   - Więc co jest moją sprawą? - chciałam brzmieć tak, jak w swojej wyobraźni. Twardo i bez zawahania. Z drżących ust wydobył się jednak zaledwie strachliwy szept, dodatkowo doprawiany narastającą rozpaczą.
Bo każda sekunda z nim czyniła mnie bliższą sekund bez niego.
   - Sakuro.
Nie! Nie! Nie!
   - Nie! - zawołałam, odwzorowując perfekcyjną grę własnych myśli.
   - Sakura. - ponowił, równie niezrażony co głos mojej podświadomości, bojkotujący właśnie wszystko, co kojarzyło się mi z mężczyznami.
Wszystko, co kojarzyło mi się z Sasuke.
   - Więc dlaczego, wiedząc o tym, że wyjeżdżasz, ciągle dawałeś mi wiarę w coś więcej, nigdy niczego nie wyjaśniając? - zawołałam w akcie narastającej histerii. Nagle przestałam zawierzać głosowi rozsądku, przechodząc na stronę tłumnie protestujących emocji. Owe burzył się we mnie niczym fale, wznosząc i opadając, lecz bez względu na to, gdzie się znajdowały - i tak, zwiastowały nadchodzący sztorm.
   - Może byłem nieświadomy Twoich uczuć?
   - Tak? - Gdzieś w kącikach oczu zalśniła nadzieja, niczym wykrzesana, samotna iskra pośród ulewnego deszczu. Głupia Ja. Znowu. Bo gdzieś tam w środku wiedziałam co poczuję, gdy ów On wypowie kolejne zdanie. Sama prosiłam się o kolejne ciosy, bezwiednie opuszczając gardę.
Byłam niczym tabliczka z jarzącym się napisem “Dobij mnie, proszę. I dziękuje. Miłego uderzenia.”.
   - Nie. Po prostu miałem je gdzieś.
 Zagryzłam boleśnie wargi. Spodziewając się i nie spodziewając jednocześnie.
  - Tak, wiem.. - wyszeptałam niemal bezgłośnie, ganiąc własną siebie za kolejne rozczarowanie. Kolejną kroplę gaszącą to cholerne, deszczowe ognisko.
A później umilkłam. Bo on też umilkł, i wszystko urwało się gdzieś pośrodku.
   - Nie rozumiem - dodałam po długiej ciszy. Ciszy, którą oboje poświeciliśmy na sumienne obmyślanie dalszego toku tej rozmowy. Bezsensownego dialogu. A jednak kontynuowanego. Perypetii ciąg dalszy, nieskończony.. Dążący ku porażce jednego z nas.
 Mojej porażce.  
Kroczyłam dumnie po spalonych, pokrytych sadzą mostach, chodź nie powinnam była tego robić. Nie powinnam, jeśli nie chcę rzucić się w przepaść, podczas gdy Ty stał będziesz bez słowa po drugiej stronie urwiska.
   - Poczekaj aż wrócę, Sakuro.
   - Aż wrócisz? - niemal wyplułam te słowa. - Sasuke, czy Ty sam siebie słyszysz? Kiedy ostatni raz wyjeżdżałeś, nikt nie wie gdzie, wróciłeś po półtora roku. Mam poświęcić kolejne pół życia na to, aby na Ciebie poczekać? - odparłam wzburzona, co zaskoczyło nawet mnie. Dodałam przez pomyłkę coś jeszcze, uświadamiając sobie znaczenie owych słów dobrą chwilę po ich wypowiedzeniu.
   - Po prostu myślałam, że...
   - Zapomnij - warknął, zaciskając mi w twarz nieoczekiwanym gniewem - I skończ ten temat.
Wspominając to wydarzenie parę tygodni później, nie mogłam uwierzyć, że takimi, a nie innymi słowami pożegnałam Sasuke Uchiha, pierwszą, jedyną i ostatnią miłość mojego życia.
Sasuke wyjechał, tak jak zapowiadał i ślad po nim zaginął.
Okłamywałabym siebie twierdząc, że nie próbowałam go znaleźć…

                                                                           II

3 lata później.
Londyn.
Stacja 4, tor 2.

Ileż można podążać za tym, co ciągle sprawia ci ból, pomyślałam w roztargnieniu.
Dostałam się do jednego z wolnych przedziałów, bezszelestnie zajmując miejsce przy oknie. Czyniłam swą obecność niedostrzegalną, pustą, niewadzącą i przejrzystą. Bo byłam sobą, w istocie będąc nikim.
Poszukiwanie osobistej definicji skończyło się na równi ze zgubieniem wewnętrznych wartości, tego, co za pazuchą skrywa każdy człowiek. Byłam jakąś tam Sakurą Haruno, kokonem pozbawionym perspektyw, personą wyzbytą doszczętnie wszystkiego, czym mogłaby się poszczycić.
Bo jak nazwać to inaczej?
Trwając w labiryncie własnego jestestwa, zawieszona bezwładnie ponad granicami rozwagi, nader ufna i zbyt próżna, lawirując między głupotą, nie przeoczając bezmyślności. Na naiwności kończąc...
Pociąg połączenia Tokyo - Kanton ruszył, a mnie przyszło oglądać oddalające się obrazy. Najpierw coraz wolniej, stopniowo dobijały do stałej prędkości, tak szybkiej, że nie byłam w stanie rozróżnić szczegółów przemijającej scenografii. “Piękno ulotne i nietrwałe”- pomyślałam, targana nagłym przypływem melancholii.
Wsunęłam do ucha słuchawkę i łapiąc w dłoń smartfona, wyszukałam odpowiedniej piosenki. Takiej, która w prostocie ukazywałaby całą esencję mojego istnienia.
Muzyka rozbrzmiała, dając chwilowe ukojenie, żmudne bo ulotne.
Oddałam się temu doświadczeniu tak zapamiętale, że wielogodzinna droga wydała mi się odcinkiem postrzeganym w granicach kilku minut.
Wysiadając z pociągu, który dowieść miał mnie do NIEGO, przeklęłam raz jeszcze swoją zwodniczą naturę.
3 lata….
Tyle potrzebowałam, by uświadomić sobie do końca, jak mocno go kocham. By uwierzyć, że on nie ma zamiaru już wracać. By przestać na niego czekać. W końcu. Definitywnie.
I przestałam.
Sprawiając, iż to ja byłam tym razem tą wyczekiwaną.. chodź niespodziewaną.
Krok mały, acz znaczący. Pisał się czerwonym mazakiem na płótnie mojej historii, którą zapieczętowałam, wychodząc z peronu na hucznie rozbrzmiewające ulice, bujane rytmem muzyki tego obłudnego miasta.
  Sasuke był częścią owego świata od niedawna. Tak powiedziała mi jego matka, która, ze względu na dłuższe, sąsiedzkie koligacje wpadła do mnie pewnego, niezbyt pięknego dnia. Padało jak z cebra.
Starsza kobieta, której zmarszczki dumnie reprezentowały trudy minionego życia, a każdy, nieliczny siwy włos przedstawiał własną historię, otworzyła usta, wydobywając z nich słowa destrukcyjne. Chodź tylko dla mnie.
   - Sprowadź Sasuke. Sprowadź, bo ty jedyna rozumiesz tą tęsknotę, rozrywającą człowieka od środka. Dzień po dniu.
I istotnie rozumiałam.
Zawierzając temu też rozumowi podążyłam w ślad za swoim oprawcą , świadoma spustoszenia, jakie zasiane zostanie w moim świeżo zagojonym sercu.
Ruszyłam przed siebie kierowana intuicją. Nie miałam mapy, nie miałam celu, nie znałam drogi. I patrząc prawdzie w oczy, nie miałam również pojęcia, gdzie może być Sasuke.
Kanton to ogromne miasto, przepełnione draniami. Jak wśród setek obcych drani znaleźć mam tego swojego, upragnionego, jednego na świecie?
 Zdałam się na przeznaczenie, powierzając swój niepewny los w ręce paskudnego, małego stworzenia, które od zawsze z góry obserwuje moją obłąkaną, feralną podróż przez życie. Anioł Stróż podlegający pod moje istnienie, niewiele miał w czasie swojej wiernej służby rzeczy do zrobienia. Zawsze wyprzedzałam go o krok, umiejętnie niszcząc wszystko, co jeszcze było do wyratowania.
Właśnie dlatego pozwoliłam Sasuke odejść.
Nie jestem w stanie powiedzieć, co sprawiło, że nogi poniosły mnie właśnie w to miejsce.
Dotarłam pod próg drzwi niewyróżniających się, zniszczonych, mocno przeciętnych. Wśród różnorodności barw zewsząd malujących się kolorów, nie zwróciłabym na nie najmniejszej uwagi .. gdyby nie niejasne przeczucie, nakazujące zatrzymanie się, zwrócenie weń wzroku i podjęcie wiążącej decyzji.
Być z nim, czy bez niego?
Nacisnęłam na klamkę, przelewając w ten czyn całą swoją determinację, żal i frustrację, łamane na miłość, przywiązanie i rozterkę. Ruszyłam do przodu jak petarda, wkraczając w przestrzeń mętną, pełną niedomówień. Zakrztusiłam się naporem osmolonego powietrza.
   Z każdej strony nadciągały szare kłębowiska tytoniowego dymu. Próżno pomachałam ręką odpędzając chmary, które za półtorej sekundy i tak powrócił na dawne miejsce, rosnąc w siłę, gromadząc upór i zyskując na intensywności. W istnym mętliku wrażeń, gdzieś ponad linią wirującej w powietrzu trucizny, porażającej układ oddechowy, spowalniającej pracę serca, usztywniającej mięśnie, rozszerzającej źrenicę….
   - Nigdy nie lubiłaś papierosów, Sakuro
Gdzieś pośród nicości, zobaczyłam Ciebie. Nieco starszego, chodź zgubnie dla mnie samej, ze wzrokiem spoglądającym wciąż tak samo, z barwną różnorodnością irytacji. Siedziałeś rozparty na jednym z nielicznych krzeseł, biorąc je w posiadanie, określając granice i grą hebanowych oczu mówiłeś mi wszystko, w istocie nie odezwawszy się jednak wcale.
 A ja próbowałam pojąć, nie udusić się, nie umrzeć, nie zmartwychwstać i nie wzlecieć w powietrze, niczym anioł. Istota o złamanych skrzydłach i rozszarpanych kawałkach rozszarpanego serca.
   - Sasuke - wykrztusiłam w zamian. Ni mniej, ni więcej, czyniąc powitanie łatwiejszym, niż powinno być w istocie. - Miło cię widzieć.
Po tylu latach, dorzuciłam ukradkiem, nie ważąc się przelać myśli na słowa. Posłałam mu uśmiech trochę niepewny acz przyjazny. A on zbył to, z typową dla siebie arogancją, niezmienną i raniącą. I nie wykonał nic, co mogłoby świadczyć o tym, że ucieszył się na mój widok. Wyimaginowaną pięścią dorzucił w gratisie dwa mentalne uderzenia w brzuch.
   - Miałaś na mnie czekać. -  dorzucił jeszcze, ubierając ton w pretensję.
I to wszystko.
   - Wyrosłam już z tej naiwności. - Słowa przychodziły niespodziewanie, bez konsultacji ze zdrowym rozsądkiem, samoistnie i z mocą napierając na usta, drżące od powstrzymywanego szlochu. - Ty też powinieneś...
   - Masz dłuższe włosy - przerwał, uprzednio ilustrując moją sylwetkę raz czy drugi. Czułam się sparaliżowana intensywnością tego spojrzenia, tak jak dawniej. Dlatego wtedy już wiedziałam, że nigdy się z niego nie wyleczę.
  - Ty swoje ściełeś.
  - Zawsze tego chciałaś. - Sposób, w jaki układał usta wypowiadając każdą sylabę miało w sobie coś niebywale zmysłowego. Głos, pociągły i mrukliwy, docierał do mnie w przypływie ułamka sekundy. Chłonęłam każdą, najmniejszą literę całą sobą, zatracając się całkiem bezmyślnie w wyimaginowanym poczuciu szczęścia.
  - Ale już nie chce. - urwałam nagle, co było zdziwieniem nawet dla mnie samej. Grając ważną rolę w improwizowanym przedstawieniu, straciłam panowanie nad własną postacią, pozwalając niegdyś słowu niedopowiedzianemu, dziś spełnić swą powinność względem świata.
  Mimo to chwilę po bohaterskim wystąpieniu zasznurowałam usta, dziwnie skrępowana przejawianą śmiałością, nawet, jeśli nie była kontrolowana.   
   - Nie? - Zdziwił się, unosząc jedną z brwi niemal pod samą linię włosów.
   - Nie.
   - Czy nie mówiłem Ci kiedyś, że znam Cię lepiej niż myślisz?
Jeśli się zawahałam, to była to tylko kwestia jednej, nieznaczącej chwili. Nie opuszczając podbródka, dumnie zadartego ku górze, poczęstowałam go wystudiowanym, długo ćwiczonym spojrzeniem, jakie ten serwował mi przez ostatnie lata. Te, które raczył spędzić w mojej obecności, co ważniejsze. Ostrzegawczych spojrzeń było więc stosunkowo zbyt wiele, zważywszy na krótki czas wzajemnej styczności.
   - Wiele się zmieniło, Sasuke.  
I nagle zaśmiał się dźwiękiem tak śmiałym i beztroskim, że niemal zerwałam się z miejsca, drgnąwszy gwałtownie, jakby targana najskrajniejszymi pobudkami. Wpędzona w zdumienie rozwarłam usta, wpatrując się niezbyt mądrze w wyraz jego twarzy, rozświetlony nieoczekiwaną emocją, tak inną od tych, którymi posługiwał się na co dzień.
Po raz pierwszy usłyszałam jego śmiech, wyzbyty kpiny i nerwowych prychnięć. Śmiech, który nie był wynikiem moich błędów. Tak właśnie pragnęłam myśleć.
Kontynuacja toczonego ambarasu, nakazującego mi przemyśleć sprawę dosadnie, zastanowić się, jak liczba minionych miesięcy wpływa na osobowość człowieka, czemu pewne rzeczy dzieją się, w taki a nie inny sposób, nastąpił, gdy Sasuke, czyniąc posuwisty ruch ręką, bezgłośnie wysunął dla mnie jedno z pustych krzeseł.
   Stało się to bez ostrzeżenia. Nie byłam w stanie zamknąć otwartych ze zdziwienia ust, kiedy nagle przyszło mi otwierać je po raz kolejny, jasno wykazując, co myślę, co myślałam, jak uważałam, że będzie.
Działa się rzecz niepojęta, a ja nie byłam przygotowana na drastyczne zmiany.
Grą hipnotyzujących, ciemnych oczu uczynił nader wyraźną aluzję bym podeszła, usiadła, dzieliła z nim jeden, ten sam stolik. “Nie powinnaś tego robić”- pomyślałam, mimo woli siadając, nieco skrępowana a zarazem podekscytowana bliskością, atmosferą, przestrzenią, jaką przyszło nam dzielić. Tylko we dwójkę.
    - Co cię tak bawi? - zapytałam, bowiem wyraz rozbawienia nie znikał z jego oczu, chodź twarz pozostawała poważna.
    - Masz tik - rzucił w przestrzeń, nonszalancko wypuszczając z ust chmarę tytoniowego dymu. Wzdrygnęłam się, chodź nie odsłoniłam przed nadciągającymi oparami. Miało to zwiastować moją determinację; przyniosło za sobą tylko gorszące ośmieszenie. Nieporadnie zakrztusiłam się haustem powietrza, którego nabrałam w dawce zbyt potężnej, całkowicie upita przejawianą brawurą.
Skwitował to kpiącym uniesieniem jednego kącika ust.
   - Tik? - machnęłam ręką, by przezornie odgonić zarówno nadciągający dym jak i własne zażenowanie.
   - Tik. Masz tik, gdy kłamiesz.
Zerknęłam ku niemu z ukosa, nieufnie i z obawą.
   - Niby jaki? - zapytałam z ostrożnością, uprzednio odchrząknąwszy cichutko.
   - Kłamiąc, zawsze mielisz w palcach kawałek ubrania.
   - Ah..
   Zamilkłam zgorszona, automatycznie spuszczając wzrok na pomarszczony skrawek bluzki, zginający się tylko w jednym miejscu, na samym brzegu, gdzieś po lewej stronie, przy przebiegu szwu. Tak prędko, jak zlokalizowałam dowody swojej zbrodni, niezwłocznie nabrałam wody w usta i zapragnęłam zapaść się pod ziemię, czując rosnącą temperaturę, wypalającą znamiona kompromitacji na policzkach.
Ułożyłam obie dłonie na powierzchni stolika, splatając je w geście spokoju, którego w istocie najbardziej mi wówczas brakowało. Sasuke wysysał wszystkie pokłady mojego opanowania, gromadzonego cierpliwie przez długie lata. I nie sprawiało mu to żadnej trudności, podczas gdy ja uparcie walczyłam o zachowanie pozorów, jakichkolwiek, byleby nie wypaść na targaną żalem histeryczkę, despotkę gotową na przeprawienie się przez połowę kraju za czymś, co nigdy nie należało do niej.
Westchnęłam ciężko, bo niewiele było rzeczy, które mogłam zrobić.
  - Dlaczego tutaj jesteś? - zapytał znów, tym razem unosząc wzrok, by przedrzeć się przez najtajniejsze zakamarki mojej duszy przeszywającym spojrzeniem. Była to jedna z jego cech, która zawsze wprawiała mnie w bezpodstawne drżenie, nakazując zachować czujność.
I jak zawsze, na przekór przeczuciu, z uporem maniaka wpadałam w zasadzoną przez Niego pułapkę.
    - Twoja matka prosiła, bym Cię odnalazła i sprowadziła do domu. Wiesz, że nigdy nie potrafiłam jej odmówić.
Tak samo jak Tobie.
  Pod wpływem wyostrzających się rysów twarzy mężczyzny, nawet pomimo świadomości bycia prawdomówną i tak poczułam się jak najgorszej klasy obłudniczka. Skuliłam ramiona, wbijając wzrok gdzieś ponad linię własnych dłoni, splecionych nerwowo na stole.
   - Wysłałem do niej list z wyjaśnieniami. Jakiś czas temu. - skwitował z typową dla siebie wrogością. A rzecz ta była chwilą przeze mnie wyczekiwaną, zalążkiem do tego, bym uwierzyła, że w Sasuke jest jeszcze Sasuke.
   - Nic mi o tym nie wiadomo. Może nie dotarł na czas.
Zmrużył powieki, studiując cal po calu wyraz mojej twarzy, po czym zabębnił palcami o blat, wygodniej rozsiadając się na krześle.
Zachęcona jego swobodą poruszyłam się niemrawo.
   - I wyruszyłaś w podróż do innego miasta, tylko dlatego, że poprosiła Cię o to jakaś jęcząca kobieta? - Zarówno jego głos, jak i wzrok ociekał ironią, zaś same oczy śmiały się, nie kryjąc politowania.- Nadal jesteś tak głupia...
  - Być może.
  - Tak głupia by sądzić, że w to uwierzę - dodał pokrótce, bez ceregieli zaciągając się ujętym w palce papierosem. Następnie zgniótł jego końcową część, niedbale ciskając ją gdzieś na podłogę.
W milczeniu śledziłam wzrokiem trasę jego dłoni, gdy nonszalancko przeczesywał włosy i poprawiał kołnierz niedopiętej pod szyją koszuli.
 Zwilżyłam językiem spierzchnięte wargi.
    - Nie dałam Ci powodu, abyś myślał inaczej.
    - Wiem, że nie mówisz mi wszystkiego. - uśmiechnął się nieznacznie i z dziecięca prostotą przewiercił wzrokiem moja duszę.
Długo, zbyt długo zwlekałam z odpowiedzią. Prawdą jednak było, że cokolwiek bym teraz nie powiedziała, wszystko zabrzmiałoby głupio, niepotrzebnie. Jak pierwsze słowa męczennicy, pomstującej o łaskę, ulgę w cierpieniu na które sama się skazała, składając swoje serce w ręce osoby nieodpowiedniej, wyzbytej empatii. Męczennicy, która po latach nierównej walki, wciąż nie może odzyskać prawa do własnej siebie.
  - Być może - powtórzyłam więc, dopieszczając wyznanie o prostotę. Wydawać by się mogło, że nic nie może być w tym nie tak, ale Sasuke spojrzał na mnie naraz z niecierpliwością, mimo, że przejawiał ją dość rzadko. I wypowiedział słowa, których nie powinien wypowiadać już nigdy, chcąc usłyszeć odpowiedź, której nie chciałam mu udzielić:
   - Kochasz mnie?
Nerwowo poruszyłam palcami, w porę upominając samą siebie, że nie mogę ich teraz opuścić. To byłoby jak przyznanie się do przestępstwa, a ja nie chciałam zostać zdemaskowana; chodź przecież ten moment mogłam mieć już dawno za sobą.
Naiwnie założyłam, że nic nie jest jeszcze stracone.
  - Nie. Nienawidzę Cię.
  - Zależy Ci na mnie?
  - Nie - mój głos brzmiał twardo, tak, jak sobie tego życzyłam od samego początku. Nie ulękłam się przed mocą jego spojrzenia i wagą zadawanych pytań. Wykorzystując zaległą nagle ciszę rozchyliłam wargi, wyłapując okazję, tą jedną, niepowtarzalną, by rozwiać wątpliwości. Otrzymać odpowiedź na niedopowiedziane. - Czy to, co było między nami, kiedykolwiek coś dla Ciebie znaczyło?
  - Między nami?- wyczułam kpinę w jego głosie - Nie. Nigdy.
Ton szorstki i poważny, przepełniony troską, bym nie pozostawiła sobie żadnych złudzeń. Świat wokół którego obracałam się niczym ślepiec runął, tak jak runąć powinien już dawno.
I winnam była zapłakać gorzko, wstrzymywanymi przez lata łzami.
Lecz, może z przyzwyczajenia, wstrzymałam wstrzymywane łzy, tak jak czyniłam to od zawsze. Wprawiona w udawaniu, jedynie uśmiechnęłam się obłudnie.
   - Więc skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, wróć ze mną do domu - pociągnęłam fałszywie, nieprawdziwie i tak nienaturalnie, że nawet dla mnie samej zabrzmiało to sztucznie. Dlatego nie wiem, co sprawiło, że postanowiłam odezwać się znowu, drażniąc uszy swoim głosem, cienkim, zbyt głośnym, nader wystudiowanym - Dlaczego ciągle czegoś szukasz? Za czym tak gonisz, Sasuke?
    - A Ty? - mruknął z nostalgią, nie zaszczyciwszy mnie swoją uwagą. Po prostu zwracał się gdzieś w przestrzeń, a ja, w swojej łatwowierności wyłapywałam jego słowa z powietrza, składałam je w jedną całość, szukałam logicznego kontekstu. - Ty również za czymś podążasz. Wciąż nie ułożyłaś sobie życia, wciąż utrzymujesz kontakt ze starą sąsiadka.. Dlaczego kłamiesz, Sakurcio, skoro nigdy nie potrafiłaś tego robić?
   - Oboje jesteśmy tacy sami.
   - Mylisz się. - uciął ostro, przenosząc na mnie wzrok z typową dla siebie gwałtownością - Ty wiesz czego szukasz. Ja jeszcze nie.
   - Więc po co to robisz?
    Pozwalając sobie na zbyt wiele, świadoma konsekwencji ubarwiając wzrok w czułość, całkiem mimowolnie, automatycznie, znów tracąc nad sobą kontrolę wyciągnęłam przed siebie rękę i nachylając się do przodu, ujęłam jego policzek, gładząc kciukiem szorstką, przyprószoną zarostem skórę. A on nie odsunął głowy.
  Przynajmniej nie od razu.
Gdy tylko zorientował się w melodii, którą wytacza właśnie moje serceOdchylił się z rażącym obrzydzeniem, częstując jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów furii. Boleśnie złapał za mój nadgarstek, niemal miażdżąc go w stalowym uścisku. Pisnęłam cichutko, tak, jak piszczy złapana w pułapkę mysz.
   Próbowałam, z całym uporem i wolą życia wrócić na dawne miejsce, zaszyć się w oazie bezpieczeństwa jaką dawało osobne krzesło i stół, dzielący mnie od niego, ale Sasuke wciąż, niezrażony panicznym wzrokiem, jaki w nim lokowałam, trzymał mnie za rękę.
Więc trwałam, bezwładnie i na wpół przewieszona przez blat, niezdolna do żadnego ruchu, z sercem boleśnie tłuczącym się w piersi, wzbogacana urywanym oddechem.  
I zaledwie sekunda wystarczyła, bym zatraciła w sobie ten oddech, zostawiła go gdzieś po drodze, zapominając o konsekwencjach. Podążyła dalej, na przekór logice życia.
 Bo tak właściwie jedna chwila wystarczyła, bym zapomniała o wszystkim.
 Bo w tej jednej chwili jego usta miażdżyły moje, jego ręka silnie obejmowała mój kark, a on cały władał wszystkim i niczym, doprowadzając mnie naprzemiennie na szczyty radości i doliny rozpaczy.
Zbyt sparaliżowana by wykonać jakikolwiek ruch, poddałam się temu doświadczeniu w nerwowym napięciu, niezdolna do rejestrowania myśli boleśnie kłębiących się w głowie, kompletnie wyłączona z obopólnej rozgrywki.
  Istotą przebywania z tym mężczyzną, była dojmująca świadomość bycia z nim chodź bez niego. Reguła pozbawiona wyjaśnienia. Uboga w odpowiedzi. Tylko kropka, dosadna i duża, stawiana pewnym gestem na samym środku niczego. I nie pozostało mi nic, jak tylko zaakceptować taki a nie inny stan rzeczy. I stopniowo zaczynałam się w tym odnajdywać.
Oddałam pocałunek, wkładając w niego całą swoją tęsknotę, a ten stan rzeczy trwał jeszcze przez krótki moment. Tym krótszy, że długo wyczekiwany. I tak się złożyło, że to ja miałam być prowokatorką, która jako pierwsza odkopie dawne urazy.
  - Nie! - zawołałam głośno, odsuwając się od niego całkowicie niezgodnie z własną wolną. Gwałtownie wycofałam ciało, mnożąc dystans i zasiadłam na krześle, koślawo oraz niezdarnie, ale z dumnie zadartym podbródkiem. - Nie chcę przeżywać tego znowu.
Niewiele było sytuacji w życiu Sasuke, w których mógł okazać zdziwienie.
I to także nie był ten moment.
Mężczyzna wyprostował się bowiem, prezentując kamienny wyraz twarzy, jakby to co miało miejsce przed sekundą nigdy nie zaistniało. Jakby wcale nie było między nami pocałunku. Jakbym nie odepchnęła go z zimną krwią, chodź nie robiłam tego nigdy.
Nie. Sasuke nie był człowiekiem, który okazuje zaskoczenie. Nawet, jeśli poczuł coś na kształt niedomówienia, to zbył to z typową dla siebie arogancją.
A ja, próżna, głupia ja wyczekiwałam przebłysku jakiejś emocji, jakiejkolwiek, nawet najmniejszej, nawet gdyby miało to być obrzydzenie, pogarda, zalążek kpiny, być może ironii. Zniosłabym niemal wszystko.
Lecz on postanowił potraktować mnie opanowaniem. Swoją najsilniejszą kartą. I zrobił to specjalnie, jako, że nigdy nie szczędził mi upokorzeń.
   - Nigdy więcej nie chcę słyszeć od ciebie “nienawidzę”  - oświadczył nieoczekiwanie, żarliwym spojrzeniem wpatrując się prosto w moje oczy. - Zwłaszcza, jeśli to kłamstwo.
Zamroczona intensywnością zdarzeń, nie od razu zrozumiałam o czym mówił. Zamrugałam zdekoncentrowana, a on wykorzystał moment mojej niedyspozycji, by przysunąć się i zgarnąć ręką moją dłoń. Wpatrywałam się z otępieniem na  n a s z e  splecione palce, zanim finalnie zorientowałam, że takich gestów powinnam unikać, jeśli nie chcę spotkać się z druzgoczącą porażką.
   - Puść mnie, Sasuke - poleciłam, osobiście nieprzekonana znikomą ilością planowanej zaciętości, jaka powinna zabrzmieć w moim tonie. Przykrym zrządzeniem losu zastąpiła ją wątpliwość. - To również nic dla Ciebie nie znaczyło, prawda? Ten pocałunek?
   - Owszem.
   - Więc mnie puść! Puść mnie i pozwól mi odejść.
Kciukiem delikatnie pogładził moją skórę, jakby przygotowując na wieść, którą mogę zaraz usłyszeć. Głupio zakładał, że to jeszcze cokolwiek dla mnie znaczy. W przypływie brawurowego popisu odwagi i zaciętości usiłowałam wyszarpać dłoń, lecz na próżno. Sasuke trzymał ją mocno, zakleszczając w swojej dużej ręce niczym w imadle.
   - Chciałem prosić Cię o to samo. Odejdź, Sakuro.
 Cholerna kropka wypisana neonowym, błyszczącym długopisem.
   - I po to mnie całowałeś? Chciałeś mnie… wystraszyć?
Wykrzywił usta w sposób typowy tylko dla niego. Była to mina niepodobna do uśmiechu chodź oddalona również od grymasu, niewpisująca się w definicję. Coś naturalnego, jednakże odbieranego w dwojaki sposób.
   - Sprawić, abyś znów zaczęła czekać. Na mnie.
   - I zrobiłeś to w taki podły sposób!? - Przemówiła przeze mnie jednocześnie histeria i złość. Dość już miałam ciągłego poniewierania. Raz w życiu chciałabym usłyszeć prawdę, odnaleźć sens w szopce, która bezwonnie ciągnie się od lat... Mój ciemiężca zbył to jednak milczeniem, chodź być może nie powinien był tego robić. Ściągnęłam ku sobie brwi tak mocno, że niemal utworzyły jedną linię. - Ty…Ty oszalałeś do reszty?! - zawołałam, nie panując nad rozgoryczeniem i dalej, na potęgę masową robiłam z siebie idiotkę. Podczas gdy on, po stokroć bardziej zaaferowany był jedną z kelnerek, krzątającą się między stołami.
   - Musisz mi zaufać - mruknął zdawkowo, uraczywszy mnie spojrzeniem ulotnym jak dotknięcie skrzydeł motyla.
   - Tobie?! - wysyczałam, o mały włos nie zakrztusiwszy się śliną. Odchrząknęłam. - Ile razy mam dać się jeszcze na to nabrać, żebyś w końcu pojął, że przestało mnie to bawić? Że nie bawiło mnie to już 3 lata temu?
    - Zaufaj mi. Wróć do domu i czekaj na mnie. Obiecuję, że wrócę.
Nawet w takich momentach, gdy czysto teoretycznie ważą się losy mojego i jego, nigdy naszego życia, on wykłada informację w sposób rzeczowy i konkretny, nie zabarwiony podłożem emocjonalnym. Jak prawnik na sali rozpraw, gdzie nie ma czasu na sentymenty i pobłażliwość, jest tylko chłodna kalkulacja.
   - Jak długo? - Zabębniłam palcami o blat, przyrzekłszy sobie, że nie pozwolę w dalszym ciągu wodzić się za nos, zgodnie z wolą sterującego. Od momentu faktycznego, nic, włącznie z zawalającym się niebem, nie będzie w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.
   - 7 dni.
   - 7 dni?! - zawołam zaskoczona, zbyt późno próbując powstrzymać ów okrzyk. Świeże postanowienie oddaliłam więc z kwitkiem, szybciej, niż mogłabym sobie wyobrazić. Tyle właśnie warte są moje zamierzenia - zaledwie kilku sekund. A później wszystko wraca do punktu wyjścia a zarazem toru właściwego, przypisanego do mnie, na wyłączność.
I na wieczność.
   - 7 dni - powtórzył z anielską cierpliwością
Zamknęłam z cichym kłapnięciem niemądrze rozchylone usta.
   - Ale… Jak to?.. Tylko tyle?... I zamierzałeś wrócić? - Usłyszałam swój drżący głos, chodź mogłabym przysiąc, że żaden dźwięk nie wydostawał się z mojego gardła. - Na zawsze?
   - Muszę jeszcze tylko udać się w jedno miejsce, Sakuro. Obiecaj, że będziesz na mnie czekać.
Jak dzielna dziewczynka, którą wciąż byłam, przełknęłam gulę w gardle, szybkim mruganiem rozgoniłam zdradliwe łzy i wykonałam jeden ruch głową, jedno skinięcie ważące losy nie mojej, nie jego, ale naszej sprawy.
   - Będę czekać. Obiecuję.
Tak jak czekałam zawsze.  

                                                                         III

8 dni później
   - Oh ty idiotko! - załkałam, z żalem wpatrując się w postać dziewczyny doszczętnie zniszczonej, bladej, z potarganym włosami o pustym, wyblakłym spojrzeniu. Obrazek nieprzyjemny dla oka, zwiastował początek wybitnie nieudanego poranka.
Gdzie podziała się ta szczęśliwa, wiecznie rozgadana dwudziestocztero? Gdzie jej zapał? Gdzie wieczna chęć do życia; energia, pobierająca siły z niewyczerpalnego źródła młodości?
Powłócząc nogami odeszłam od lustra, uciekając przed widokiem kobiety upadłej, tej, której nie da się już uratować.
Nie wrócił…
   - Czego ty się, durna, spodziewałaś?
Od dłuższego czasu, niczym obłąkaniec słałam pytania gdzieś w przestrzeń, w cichym oczekiwaniu, że kiedyś znajdę w sobie tyle odwagi by na nie odpowiedzieć. Tak bez zająknięcia.
Ostatnie dni ciągnęły się nieustannym pasmem udręk. Nie mogłam spać ani jeść, odczuwając nadmiar ekscytacji, później nieopisaną obawę… a finalnie rozpacz, przemieszane na rozczarowanie i wstyd. Bo znowu pozwoliłam odprawić się z kwitkiem; żeby tego było mało, odeszłam szczęśliwie przeskakując z nogi na nogę, z bajecznymi skowronkami latającymi dookoła głowy!
I naprawdę nie….
Nagle przerwałam potok rozmyślań. Chodź może powinnam powiedzieć, że to natarczywe łomotanie do drzwi mi go przerwało. Zaaferowana, zapominając na chwilę o własnej katastrofie, przebiegłam przez salon, jednym susłem wkraczając do przedpokoju.
Tam zastał mnie widok niecodzienny, z rodzaju sytuacji, których nigdy nie spodziewałabym się zobaczyć o 9 rano.
Drewniane wrota niemal wyginały się od siły uderzeń, które nieprzerywalną kakofonią dźwięków, niczym nieudana próba perkusyjna niosły się po kamienicy. Odliczyłam do trzech, kompletnie bez sensu, bo hałas tylko urósł na intensywności, a ja przybrałam w obawę, że to chyba mój koniec.
 Tak więc, bezwonnie wyłączając na ten czas rozsądne myślenie, podeszłam do drzwi i odbezpieczyłam zamki. I tyle wystarczyło, bowiem dębowe skrzydła uchylił się same, w dodatku z morderczą prędkością.
Wtedy ją zobaczyłam… Zapłakaną matkę Sasuke.
I wiedziałam, że stało się coś złego. Wiedziałam, poświęcając zaledwie jedno spojrzenie na twarz kobiety; zatapiając się w opuchniętych od płaczu oczach, widząc każdą jej zmarszczkę z osobna, jakby po raz pierwszy w życiu, odliczając najkrótszy, siwy włos, których w jeden poranek zrobiło się dużo więcej.
   - Sasuke miał poważny wypadek - rozpaczliwy szloch zatrzymuje cały mój świat w jednym, martwym miejscu.
   - W-Wypadek? - Czuję, jak całą krew odpływa mi z twarzy - Co z nim? Wyjdzie z tego? - pytam, ale ochota na dalsze słowa znika, gdy widzę jej smutną twarz. Wzdrygam się, lecz staram nie ruszać. Chcę znać odpowiedź. Nie chcę znać odpowiedzi! - Gdzie on teraz jest? - odzywam się znowu, nie wiedząc czy to mój głos wypadł tak słabo, czy po prostu lekki powiew wiatru przecisnął się przez szparę w oknie.
  - W szpitalu. - szepcze kobieta, a mnie serca kraja się i rwie, naprzemiennie, krajając i rwąc nawet swoje puste szczątki.  
  - Nie. Oh nie, nie… My musimy tam pojechać. Natychmiast!
Wiele razy zastanawiałam się, jak można darzyć kogoś tak podłego, tak wielką miłością. Wierzyłam, że świat jest uczciwy, że w zamian za ból zaznam kiedyś ogromnego szczęścia. Ufałam, że nic nie zrani mnie znowu tak mocno.
Wtedy nie byłam niczego pewna, ale dzisiaj już wiem.. Wiem, że na tym świecie nie ma sprawiedliwości.
Wsiadłyśmy do taksówki, bo ja, mój stan, moje myśli, moje drżące dłonie, słabość w sercu, nic co tworzyło mnie, nie nadawało się do prowadzenia samochodu.
    A wtedy Ty, biedna, pomarszczona, chuda kobieto, wieczna sojuszniczko w cierpieniu i tęsknocie, wyciągnęłaś z kieszeni pogięty zbitek papieru. Pochlipując rozprostowałaś go na tyle, na ile pozwalały drżące, wiekowe dłonie i zaczęłaś czytać na głos…
  I płakałaś i wkrótce ja płakałam razem z Tobą, tak, jak płakało tego dnia niebo, lejące się strugami ku pustym ulicą. A papier przyjmował nasze łzy, rozmazujące starannie wypisane litery, z charakterystyczną spiralą przy “a”.
 I płakałam jeszcze głośniej, słuchając słów które pewnego dnia Sasuke przelał na kartkę:
   - “Mam plany, mamo, mam wobec niej wielkie plany.” - cytowałaś łamliwe, a ja z każdą minioną sekundą zatracałam się w samej sobie coraz mocniej, coraz głębiej. - “Całe moje życie ma ulec zmianie, bo mam już dość ucieczki, tułaczki, braku miejsca, do którego mógłbym wrócić. Wreszcie dorosłem do pewnych decyzji, jestem w stanie je podjąć i chcę podejmować je ze nią - tą, która jako jedyna przez te wszystkie lata trzymała moją stronę, nawet wtedy, gdy porzuciłem ją po raz drugi. Dorosłem matko, by zrozumieć, że kocham ją od zawsze. Że nie mogę spać, myśląc o dwóch kucykach, które nosiła zawsze jako dziecko. Wszędzie rozpoznam jej śmiech i często wracam do niego myślami. Sakura jest moim lekarstwem mamo, lekarstwem na tą ciemność która mnie otacza. W końcu to zrozumiałem. Wracam za tydzień i mam zamiar poprosić ją o rękę, serce, o tą małą irytującą dziewczynę, którą była kiedyś, a którą zmieniłem, pogrążony w poszukiwaniach rzeczy nieistotnych. Muszę tylko dopełnić formalności, dlatego mogę się spóźnić. Proszę, zaopiekuj się nią. Nareszcie wracam do domu.”
Ciężar spojrzenia, którym na zakończenie obarczyła mnie Mikoto, odczułam niczym zrzucenie mi na barki setek ton namacalnego cierpienia.
   - To list od Sasuke. Dostałam go wczoraj… - dodała bezgłośnie.
Nie mogłam przestać płakać, szlochając gwałtownie, tak, jak nie mogłam zapanować nad własnymi ruchami, gdy taksówka zatrzymała się, a ja wybiegłam, na chłód poranka, na ulewę, na spotkanie z odpowiedzią, bez okrycia.  
  I biegłam, jakby miało to ocalić Twoje życie.
Pokonałam schody, przedzierając się przez labirynt korytarzy, pokrętnym zrządzeniem losu znając drogę, a jednocześnie będąc tu po raz pierwszy w życiu. Przepychając się przez tabun pacjentów, grupy lekarzy, z mocą pchając szklane drzwi, nie zatrzymując się na złapanie oddechu, na podniesienie zagubionego gdzieś w tyle buta.
Dotarłam do ciebie, Sasuke.
Leżałeś na szpitalnym łóżku za zamkniętymi od środka, przeźroczystymi drzwiami. Ktoś przewidział, że będę chciała się do Ciebie dostać, poświęcając wszystko.
  Bezradnie uniosłam wzrok, uświadamiając sobie, że mogę tylko patrzeć. Patrzeć, jak trwasz zakrwawiony, blady, z rozwianymi, wiecznie przydługimi włosami teraz zabarwionymi brunatnymi skrzepami własnej krwi. Widziałam lekarzy, krążących wokół Ciebie jak w gorączce. Widziałam też własne odbicie, spoglądające ze strachem i cierpieniem.
Nagle spojrzałeś na mnie, spowalniając czas, zatrzymując w miejscu medyków, przedzierając się, tak jak zawsze, przez całą moją duszę. I chyba odczytałeś z mojego wzroku to, co chciałeś wiedzieć. Uśmiechnąłeś się lekko, prawie niezauważalnie, po czym zamknąłeś powieki, rozluźniłeś mięśnie, spowolniłeś oddech…
Zatrzymałeś moje serce…
Szpitalna aparatura wskazuje podłużną linię, drażniąc uszy głośnym dźwiękiem. Czas gwałtownie przyśpiesza. Lekarze natychmiast przystępują do reanimacji.
Krzyczę, gdy się nie budzisz.
Wrzeszczę, gdy doktor spogląda na zegarek.
Walę w szybę, gdy przykrywają ci głowę białym materiałem.
Opadam z sił, kiedy wszyscy spoglądają ku mnie ze smutkiem.
Uderzam kolanami o zimną, kafelkową podłogę, kulę ciało, płacze, rozsypuję się, cierpię, nie chcę żyć, nie chcę płakać, nie chcę czuć.. Mocno zaciskam dłonie na głowie.
    - Nie.. Nie.. Przecież…. - łkam bezsilnie, dławiąc się łzami - Przecież miało być… Miało być tak pięknie!