środa, 8 sierpnia 2018

30. Pogrzebowy całun

    [Sakura]   
  Miałam spotkać się z Shikamaru w głębi lasu otaczającego Konohę, zachowując przy tym najwyższy poziom dyskrecji.
    Z małym bagażem podręcznym i kapturem narzuconym na głowę przeciskałam się przez wąskie ulice wioski, byleby tylko nikt mnie nie spostrzegł, ani nie zwrócił na mnie szczególnej uwagi. W końcu, wykorzystując dziurę w murze udało mi się wydostać. Wyszłam na porośnięty trawą teren i zaczerpnęłam głębszego, uspokajającego oddechu
Następnie bez zbędnej zwłoki, ruszyłam.      
   Idąc przed siebie, starałam się nie dopuszczać do głowy pochmurnych myśli. 
Mimo to nieustannie i całkowicie wbrew sobie, z każdym krokiem i tak obracałam się, spoglądając z rozpaczą na wioskę którą widzę... ostatni raz w życiu. Zupełnie jakbym chciała już na zawsze zachować jej obraz przed swoimi oczami.
    Zacisnęłam trzęsące się ręce i przyspieszyłam. Wiedziałam, że im prędzej się z tym uporam, tym później będzie mi lżej. Chodź trochę..
Tak wiele trudnych wyborów i decyzji, stłoczonych w ciągu zaledwie paru krótkich chwil. 
  Im więcej kroków robiłam, skrywając się pod obszernym płaszczem, tym bardziej przygniatała mnie waga czynu, na którym się zbywałam. 
   Im dalej od wioski, tym ciężej było wytrzymać z własnymi myślami. 
   A gdy całkiem zniknęła ona z horyzontu, ginąc gdzieś wśród drzew.. wtedy miałam wrażenie, że już tego więcej nie zniosę. 
Nie zniosę tego wszystkiego, umrę z rozpaczy i przeklęty Klan Utau będzie musiał szukać sobie kolejnej naiwnej, zakochanej dziewczyny, której będzie chciał zniszczyć życie. 
     Dotarłam na miejsce umówionego spotkania, chłopak już na mnie czekał. 
Spojrzeliśmy na siebie, po czym skineliśmy pojednawczo głowami, na znak przywitania. 
   - Musimy już ruszać - odrzekł gorzko, odwracając ode mnie wzrok
   - Tak..
 Mężczyzna poruszył się jako pierwszy, niechętnie zwracając się w odpowiednią stronę i   równie niechętnie wskakując na grubą gałąź. Podążyłam zaraz za nim. 
    Shikamaru, chyba odnajdując się w moim wisielczym nastroju, nie odzywał się niemal przez całą podróż, a ja byłam mu za to wdzięczna, bo już dość nasłuchałam się wszelkich słów pokrzepienia do Kakashiego. 
W istocie nie były one nic warte, a jedynie w jeszcze gorszym stopniu uświadamiały mnie, na co się piszę. 



      [Sasuke, w tym samym czasie] 
  Mnóstwo ludzi, całe tysiące stłoczone tłumnie w jednym miejscu. Wszyscy w tej samej pozycji, z oczami tak samo przymkniętymi. Na ich twarzach wyryte mieli niebotyczne skupienie. Co dziwniejsze, obie ręce każdej osobistości położone były na ramionach osoby stojącej na przodzie. I tak do samego końca, a zarazem centrum tego porąbanego zbiorowiska. Szum docierał gdzieś ze środka. 
   Nie bardzo wiedziałem, co powinienem teraz zrobić. Czułem się intruzem w tym dziwnym obrzędzie, czy czymś - nie wiem nawet jak to nazwać. A jednak nie przybyłem tu po to by po prostu zawrócić się na pięcie i odejść, mając mieszkańców Wioski Skał za kompletnych debili. 
  Odchrząknąłem, najpierw cicho, później nieco głośniej a gdy nie spotkało się to z żadną konkretną reakcją, zawołałem: 
 - Gdzie jest wasz Tsuchikage? Muszę z nim pilnie pomówić!
Tysiące ludzi w jedna sekundę przerwało dziwną medytację i spojrzało na mnie z tym samym wyrazem zaskoczenia. 
   Starałem się nie zgubić rezonu i dalej trzymać twardą postawę. Jednocześnie miałem świadomość, że po tym wszystkim co się teraz tutaj działo, te tysiące ludzi może w jakimś dziwnym amoku rzucić się ku mnie i chcieć rozerwać na strzępy. Dlatego już na wstępie aktywowałem Sharingana. 
    - Sasuke Uchiha?! - Rozległo się gdzieś z głębi tłumi - Rozejść się, ruchy! Zrobić przejście! 
  Z samego środka zbiorowisko poczęło się niespiesznie rozstępować, niczym sznur dążąc powoli w moją stronę. Stałem w miejscu, przyglądając się temu wszystkiemu z pewną dozą zaintrygowania. 
  Wtedy ludzie stojący na samym początku piechoty rozeszli się na bok, ukazując przede mną niewielką postać władcy tych dziwnych włości. Onoki skłonił się, jak mają to w zwyczaju robić ludzie w jego wieku i gestem ręki zaprosił mnie do siebie. 
   - Chodź ze mną chłopcze. Musisz coś zobaczyć.  




     [Sakura, powrót do wydarzeń] 
  Podróż trwała już kilka godzin. I generalnie byłoby to nawet męczące, gdyby nie to, że zarówno ja, jak i Shikamaru podświadomie opóźnialiśmy trasę. Robiliśmy to bez jakiegokolwiek porozumienia, intuicyjnie. 
Tak po prostu. 
  Ja miałam nadzieje, że ktoś jeszcze zagrodzi mi drogę i powie “Nigdzie nie idziesz! Wracasz do wioski!”, Shikamaru zaś najwyraźniej liczył na przybycie jastrzębia, który równie optymistycznie powiadomi nas, że Kakashi wybiera jednak wojnę. I że możemy zawracać. 
   Jak można sobie wyobrazić, nic takiego się jednak nie wydarzyło i gdy w końcu gdzieś w oddali dojrzeliśmy mury osady klanu Utau, oboje wymieniliśmy umęczone spojrzenia. 
  Tam właśnie znajduje się moje piekło, pomyślałam, po czym niechętnie ruszyłam przed siebie. 
Ku mojemu zdziwieniu Shikamaru nie dotrzymał mi kroku, dalej stał w tym samym miejscu. 
Zatrzymałam się więc i obróciłam, posyłając mu niepewne spojrzenie.  
    - Dalej nie mogę ci towarzyszyć. - orzekł, wkładając ręce do kieszeni i odwracając wzrok. Było coś osobliwego w jego zachowaniu, jakby przeżywał to na swój nienachalny, własny sposób. - Obawiam się, że mogłoby mi się nagle zechcieć wszcząć upierdliwą bijatykę. 
    - Bijatykę? - Zamrugałam skonsternowana 
On tymczasem uśmiechnął się sarkastycznie
    - No wiesz, taką na techniki i kunaie. Nie znam niestety innego sposobu, żeby ci pomóc Sakura.
    - To straszne, że słyszę to właśnie od Ciebie, Shikamaru - stwierdziłam gorzko i podeszłam do niego, ze wszystkich sił hamując łzy, mozolnie zbierające się pod powiekami. - Ale pogodziłam się już ze swoim losem. Żegnaj. I niech ci się wiedzie.  
Powoli wysunęłam ku niemu drżącą dłoń, którą chłopak ujął tylko po to, żeby przyciągnąć mnie do siebie i czule przytulić. Nie wytrzymałam, wydając z siebie żałosne szlochnięcie. 
   - Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. I że odnajdziesz dla siebie chodź odrobinę szczęścia wśród tamtych diabłów. I hej, nie płacz. 
   - To jedyna rzecz którą mogę zrobić - wyznałam, uśmiechając się mimo rozpaczy. Następnie chyżo zadarłam ku niemu głowę - Opiekuj się Temari. I postaraj się jak najczęściej ją denerwować. Niech ma.
    - Oczywiście, czegokolwiek sobie zażyczysz. - przytaknął ze śmiechem lecz równie prędko spoważniał, odsuwając się ode mnie o krok. Ściągnął plecak z pleców i niespiesznie zaczął w nim wertować, najwyraźniej czegoś poszukując. W końcu wyciągnął z niego pojedynczy tobołek, zawinięty w papier. 
   - Proszę. To pożegnalny upominek od Kakashiego. Powiedział tylko, że kupił ją na zupełnie inną okazję..
Rozpakowałam od razu, lekko zaszklonymi oczami wpatrując się w bardzo ładną, prostą sukienkę koloru jasnego beżu. Obejrzałam ją dokładnie, uśmiechając się pod nosem. 
   - Dziękuje. Jest.. bardzo ładna.
   - Może i będzie skromną suknią ślubną… - Shikamaru lekko ujął za mój podbródek i skierował go w swoją stronę. Wpatrywałam się w jego twarz jak urzeczona. -.. ale dla nas, dla całej Konohy to będzie tylko i wyłącznie twój pogrzebowy całun. Jesteśmy ci wdzięczni, Sakura, że postawiłaś swoje życie nad nasze. Dla mnie zawsze będziesz cichą bohaterką. 
    - Shikam….
    - I mam nadzieję, że nadejdą dni w których cała wioska będzie mogła dowiedzieć się, co takiego zrobiłaś. 
    - Umrę tam, Shikamaru, chodź dla nich wciąż pozostanę żywa.  
    - Ty umarłaś przed tą wyprawą. Widziałem to w twojej twarzy. - Delikatnie pogładził mnie po policzku - Czas nam się kończy. Muszę już wracać, tak jak ty musisz iść, by wszystko dokończyć. 
Mówiąc to, zrobił kilka kroków w tył.
   - Opiekuj się nimi wszystkimi. - Odparłam, mocno zaciskając dłonie przed klatką piersiową. Z oczu ciekły mi łzy - I nie pozwól Sasuke znów zatracić się w mroku. I pilnuj Ino. I..I.. I wybijaj Naruto głupie pomysły z głowy. I uważaj, żeby Innuki znowu nie wdawał się w durne walki. Czuwaj nad nimi wszystkimi, dobrze? Możesz mi to obiecać? 
Pokornie skinął głową i rzucił mi ostatnie, smutne spojrzenie nim obrócił się i z cichym “Żegnaj” wyruszył za siebie, w miejsce, do którego ja nie miałam nigdy wrócić. 
Zawiał wiatr, wzbijając rozpuszczone, różowe włosy w nierówny lot. Kosmyki wirowały wokół mojej pobladłej nagle twarzy, gdy bardzo powoli odwracałam się w stronę swojego nowego domu. Przełknęłam ślinę, ruszając przed siebie. 



     [Sasuke, w tym samym momencie] 
   Zniecierpliwiony, gwałtownie złapałem za klamkę chcąc z hukiem otworzyć drzwi do swojego domu, natrafiłem jednak na opór. Były zamknięte. 
Coś nieznośnego zrodziło się gdzieś w tyle mojej głowy. Stłumiłem to uczucie. 
Pewnie po prostu odsypia po męczącej nocy. 
Głośno zastukałem w drzwi
    - Sakura!  
Ponowiłem ruch, tym razem waląc w drewnianą powierzchnię całą ręką. 
   - Sakura, otwórz! 
Odczekałem chwilę, nie doczekując się jednak żadnego reakcji, nawet najmniejszego szumu z głębi mieszkania. 
  Nie czekając długo, wziąłem pół rozbieg i kopnięciem wyważyłem drzwi, natychmiast wpadając do środka. Było ciemno i cicho. Zbyt cicho. 
Przeciąłem w kilku krokach całą posiadłość, zaglądając do sypialni, salonu, ogrodu, a w końcu do kuchni. Nawoływałem przy tym, starając się uciszyć rosnący w siłę głos rozsądku który podpowiadał, że Sakury tutaj nie ma. 
Nie ma jej na pewno.




       [Sakura, powrót do wydarzeń] 
    Stojąc przed wielkimi, dębowymi wrotami zawahałam się tylko raz, nim finalnie z mocą zastukałam w drewnianą powierzchnię. Przybrałam kamienny wyraz twarzy, starając się nie myśleć o niczym oraz nikim, kto mógłby teraz zburzyć mój względny, cudem opanowany spokój. 
   Przez całą pozostałą drogę tutaj płakałam, dopiero przed osadą postanawiając wziąć się w garść. Otarłam łzy, rozprostowałam ubranie oraz przeczesałam ręką włosy. 
Nie pozwolę, by moi oprawcy z satysfakcją przyglądali się mojemu cierpieniu. Niech wiedzą, że nie jestem z tego tytułu zadowolona… ale nie załamana. Na to nie pozwolę. 
   Odchrząknęłam, gdy drzwi poczęły się wolno uchylać, wpuszczając do wioski trochę świeżego powietrza oraz słońca. 
Osadę klanu Utau w całości otaczały wysokie mury z bali, skutecznie uniemożliwiając dostanie się do środka innym wejściem, jak to główne.
    - Kto tam? - Rozległo się gdzieś zza przejścia. Był to twardy, męski głos.
   - Sakura Haruno. Przybywam z Konohy
Niczym owca na rzeź, dodałam w myślach, z mocno zaciśniętymi ustami przyglądając się, jak wielkie wrota stopniowo otwierają się coraz szerzej, a w nich, na samym środku stoi nikt inny jak…
    - Pan Takai. Witam. - rzuciłam sucho
    - Panienka Sakura, moja droga jak dobrze że już przybyłaś! Widzisz, trochę gonią nas terminy! 
 Rezolutny, może 40-letni, krępy mężczyzna dopadł do mnie w ułamku sekundy i z nastrojem, który zupełnie nie przypominał nastroju kogoś, kto parę tygodni wcześniej pochował córkę wciągnął mnie do środka, równie prędko nakazując zamknąc za nami przejście. 
   Spojrzałam posępnie na zatrzaskujące się wrota bramy. 
I zrozumiałam, że oto właśnie dzieje się to, czego nie dało się uniknąć. 
    - Coś taka markotna, zupełnie cię nie poznaje! - Przywódca klanu wziął mnie pod ramię i energicznie pociągnął za sobą, raz po raz spoglądając na mnie z radością i satysfakcją. 
    - Jakoś nie mam humoru. - Zapanowałam nad barwą głosu, dodając jej twardego akcentu. 
Nie przyniosło to jednak żadnego rezultatu. Mężczyzna nawet się nie obejrzał. 
    - Przybywasz trochę późno, no ale to nic. Przygotowania do jutrzejszego dnia już się rozpoczęły. To będzie piękna ceremonia, cudowna i długo oczekiwana. 
    - Do jutrzejszego dnia? - Szepnęłam przerażona, nie spodziewając się tak wczesnych działań z ich strony.
    - Tak. Nie ma na co czekać, nasi przyszli sojusznicy już zaczynają się niecierpliwić. Pan młody również wyraża swoje niezadowolenie. Nie możemy pozwolić sobie na zaostrzenie stosunków. -  Takai gadał jak najęty, nie przejmując się nawet, czy go słucham. Trzymał moje ramię stalowym uściskiem i prowadził, nie wiadomo gdzie. Wokół roztaczały się przeróżne budynki, ale żaden nie był nawet w połowie tak ładny i zadbany, jak te w Wiosce Liścia. 
Dopadła mnie melancholia i ogromna rozpacz… którą równie szybko stłumiłam, zadzierając głowę do góry.  - Jeszcze dziś poznasz się z naszym kawalerem i liczę, że będziesz w stosunku do niego miła i posłuszna. Rób wszystko, co będzie ci kazał. Nie możemy pozwolić sobie teraz na chociaż jedną skazę. Zrozumiałaś? 
Naraz jego ton głosu wyostrzył się, a czujne oko zerknęło w moją stronę.
    - Tak. 
    - Nie muszę chyba wspominać, co może się wydarzyć jeśli nie spełnisz naszych poleceń Sakuro. Dość mam już przez was problemów.
   - Będzie jak chcecie. 
  Choć przez mój głos przemawiała stanowczość, to jednak nogi trzęsły mi się jak galarety a serce bębniło w piersi niczym oszalałe. Ale on nie musiał o tym wiedzieć.
 Odchrząknęłam. 
    - Jutro z samego rana rozpoczynamy pierwszy etap uroczystości, w którym obejmę cię bezwarunkową asymilacją i przyłączę do szeregów naszego klanu. Masz ogromny zaszczyt, tylko jedna osoba w dziejach doświadczyła takiego zjednoczenia. 
  Celowo nie skomentowałam sformułowania o swoich niebotycznym szczęściu. Dla mnie było to prędzej niczym przekleństwo. Zasznurowałam usta, czując na końcu języka cisnące się obelgi i wyzwiska. 
    - A później? - mruknęłam, posłusznie wchodząc za nim do dużej posiadłości utrzymywanej w surowym stylu, wręcz do przesady klasycznym i staromodnym.  
    - Później przejdziemy do ceremonii zaślubin. Mam nadzieję, że nie sprawisz żadnych problemów przy ołtarzu. W przeciwnym razie będziemy mieli kolejny problem, którego Twoja wioska może już nie udźwignąć. 
  Lodowaty sopel strachu przebił moje serce. Zerknęłam na Takai’a, tylko po to, żeby upewnić się, jak mroczne może być jego spojrzenie. 
    - O-Oczywiście. 
 Przywódca sztucznie miłym gestem poklepał moją dłoń
    - To wybornie. Szanowny Pan Młody kazał przekazać iż życzy sobie, abyś w noc poślubną nie pozostała mu bierna i czynnie udzielała się w… hmm... aktywnościach.  
Odwróciłam twarz, tylko po to żeby nie było widać łez w moich oczach. 
To dla nich wszystkich, myślałam szukając pocieszenia. Dla mojej wioski, moich przyjaciół i mojej jedynej, wielkiej miłości. 
    - Czy to jasne? - zagrzmiał, mimo tego że nie podniósł nawet głosu. 
    - Tak. 
   - W takim razie wszystko ustalone. Proszę, oto twoja sypialnia. Zostaniesz w niej do czasu pojawienia się twojego nowego narzeczonego. -  Wyraźnie zaakcentował słowo “nowego”, po czym najprościej na świecie wepchnął mnie do dużego pomieszczenia i zamknął drzwi na klucz. 
Uroczo. 
   Korzystając z chwili samotności, rozejrzałam się niespiesznie. 
Wielkie, duże łóżko na środku, obok niego jakaś pojedyncza szafka nocna. Okno, naprzeciwko duża szafa oraz komoda. Na środku podłogi niewielki dywan. Wszystko proste, bez zdobień, a kolory płowe, wręcz mętne. 
   W tym miejscu nie ma niczego, co mogłoby podnieść mnie chodź trochę na duchu, pomyślałam smętnie i rzucając swój bagaż na podłogę, podeszłam do okna. Widok rozciągał się na cały ogród, który, o ironio, przedstawiał jedynie kilka zielonych drzew i krzewów oraz różnego rodzaju zarośla, w zamierzeniu kwiaty, które jednak nie zakwitły. Co do jednego.
  Odetchnęłam ciężko, zawracając się i ostrożnie przysiadając na łóżku. Stamtąd wygrzebałam z torby koszulkę Sasuke. 
  Delikatnie przytknęłam jej materiał do twarzy i zaciągnęłam się znajomym, kojącym zapachem. Kilka łez bezpardonowo zleciało po mojej twarzy… 
  Nie wiedząc nawet kiedy, ułożyłam się i zasnęłam, napawając ukochaną wonią. Chociaż tak mogłam zatrzymać przy sobie jego część… chociaż tak.. 



    [Sasuke]
   Nastał wieczór. 
Wróciłem do posiadłości po rzezi, jakiej dopuściłem się na mordzie Naruto i bez siły opadłem na kanapę. 
Byłem pusty. 
Zupełnie jakbym roztrzaskał się niczym szklana waza i teraz, jako zaledwie jej szczątki leżał gdzieś na dnie niczego. 
    Na chwile obecną byłem tak wyłączony, że nie dotykał mnie fizycznie nawet ból spowodowany utratą czegoś najistotniejszego. Gdy tylko dotarło do mnie, że Sakura odeszła, burzliwe emocje wygasły, pozostawiając po sobie niemoc oraz niebotyczne zmęczenie. Byłem wręcz wypłukany z uczuć, które targały mną jeszcze przed godziną. 
  To banalnie proste. 
Tej kobiety już tutaj nie ma. Zniknęła, pozostawiając za sobą wszystko, co zdołało się między nami wytworzyć. 
   Coś, co odczuwałem i zauważyłem tylko jak, jak się okazuje. 
Ona pozostała obojętna. Mimo to dobrze grała swoją rolę, za dobrze - pomyślałem ze zgorzknieniem i ciężko oparłem twarz na dłoniach, zwieszając głowę. 
  Wsłuchiwałem się tępo w ciszę domu, który nie miał się rozweselić. Już nigdy. Spokój, który wywoływała jej obecność, również przepadł. Znowu byłem w niekończącym się chaosie uczuć i myśli. 
 I skrycie tonąłem w rozpaczy…
Z otępienia wyrwał mnie donośny dźwięk dobijania się do drzwi. 
    - Sasuke otwieraj! Otwieraj mówię! 
    - Daj mi spokój Naruto. 
Łomotanie wzrosło na sile. Zignorowałem to. 
   - Otwieraj, bo je wyważe! 
   - Wyważysz mi drzwi, to ja wyważę ci szczękę. Nie radze. 
   - Ostatnie ostrzeżenie! 
   - Spie…!
Huk. Grzmot. I tępy odgłos drewnianych wrót upadających na podłogę. Na samym środku tego zamieszania, on. Z wciąż lekko zakrwawionym nosem, stał dumnie i uparcie krzyżował ramiona na piersi. 
    - Pakuj się! Wyruszamy! - obwieścił wszem i wobec 
Ani mi się śniło ruszyć się z miejsca. Wciąż siedziałem na kanapie, z całą barwną gamą irytacji wpatrując się w znienawidzonego natręta. 
    - Mało narobiłeś problemów? 
    - Chcę je teraz naprawić. Ubieraj buty, nie będę się powtarzał! 
Uczciłem jego mętne wysiłki chwilą ciszy. 
    - Po co? - odparłem w końcu, naprawdę siląc się na wyrozumiałość i cierpliwość. Westchnąłem głęboko, gdy tylko zobaczyłem, jak Uzumaki powtórnie otwiera usta. 
    - Musimy udać się na poszukiwania Sakury. Jestem pewny, że z kimkolwiek teraz jest, nie mogli odejść zbyt daleko. Dystans jest do nadrobienia. Udałem się już do Kakashiego-sensei. Był bardzo poruszony i wstrząśnięty. Zebrałem już drużynę poszukiwawczą! Też w niej jesteś! Chodź! 
   - Nie sądzę, aby miało to jakiś sens. - wyznałem, skrywając ból przedzierający się między słowami - Skoro odeszła, oznacza to, że nie chce już z nami przebywać. Nigdy więcej.   
    - No teraz to pierdolisz od rzeczy, Sasuke - Naruto nie przebierał w określeniach, nerwowo przestępując z nogi na nogę - Rusz się i zrób cokolwiek, żeby ją zatrzymać. I tak straciliśmy już dużo czasu. Nie ma na co czekać. 
    - A po co miałbym ją zatrzymywać? - rzuciłem ironicznie, uśmiechając się krzywo, sztucznie. 
Przed oczami ciągle miałem jej rozanieloną twarz sprzed poranka. Ten obraz uparcie nie chciał opuścić mojej głowy, bez względu na to, jak wytrwale usiłowałem się go pozbyć. 
   - Bo ją kochasz, kurwa, człowieku! Ile ty masz lat, żebym ci musiał uświadamiać takie rzeczy. Ona też Cię kocha, tak w ogóle. 
   - Świetnie okazuje swoją miłość, w takim razie - zironizowałem, odwracając wzrok. - Czuję się przekonany. Czy teraz Sakura wyskoczy z szafy? I wszystko będzie jak dawniej? 
  Dobra. Nawet ja nie spodziewałem się takiego uzewnętrznienia, nic więc dziwnego że na twarz Naruto wpłynęła dziwnie zblazowana mina, wyrażająca mniej więcej wszystko i nic. Pośpiesznie odchrząknąłem, wrogością maskując swoje nagłe skrępowanie. Warknąłem:
 - I, nie, nie kocham jej. Nie znam takiego uczucia. 
   - Ale… 
   - Nie Naruto. Mam gdzieś to, że odeszła. Jej sprawa. Przynajmniej teraz mam spokój. 
   - Ty chyba nie mówisz poważnie
   - Jestem zajebiście poważny! - Silnie uderzyłem zaciśniętą pięścią w stół, posyłając blondynowi mrożące krew w żyłach spojrzenie - I dobrze ci radzę, daj mi w końcu święty spokój. Sakura nie została porwana, nie czai się za tym żaden jebany podstęp. Tylko samo życie, nic więcej. Widocznie przerosła ją świadomość, bycia żoną takiego kogoś, jak ja. 
   - Sasuke, nie myślisz teraz racjonalnie. Ale skup się, przemyśl to jeszcze raz. - Uzumaki starał się rozluźnić nerwową atmosferę, wyciągając przed siebie ręce w geście udobruchania. Ze świstem wypuściłem powietrze przez nos - Sakura nie jest typem osoby, która…
   - Mam w szerokim poważaniu to, kim ona, do kurwy nędznej jest! Wynoś się stąd Naruto i daj mi w końcu spokój! Inaczej cię zabije! 
    Nie panowałem nad tym, ale w moich oczach właśnie odbijał się Mangekyou Sharingan. Wpatrywałem się w Uzumakiego z realną chęcią mordu. 
I tylko jeden krok dzielił mnie od uaktywnienia chidori. 
     Naruto stał chwilę w milczeniu, zanim bez słowa odwrócił się i wyszedł, przechodząc po leżących na podłodze drzwiach. Współczucie i zawód odbijały się w lazurowych tęczówkach, ale udałem, że tego nie widzę. 
    Po jego odejściu, ciężko ukryłem twarz w dłoniach, oddychając spazmatycznie. 
Za dużo. 
Tego było już po prostu za dużo. 


    [Sakura]
    Na równe nogi zerwało mnie donośne pukanie do drzwi. 
  Nie do końca przytomna wsunęłam trzymaną w rękach koszulkę Sasuke pomiędzy obudowę łóżka a materac i rozejrzałam się, uświadamiając sobie gdzie i po co tutaj jestem. 
Zasnęłam tak głęboko, że wybudzenie się mój organizm potraktował na równi z czymś bardzo szokującym. Dlatego teraz głośno biło mi serce. 
   Niespodziewanie klucz w drzwiach przekręcił się, a do pomieszczenia bez pozwolenia wtargnął jakiś niewysoki mężczyzna. 
  Nie uświadamiałam sobie jak jest późno, dopóki nie zamknął za sobą przejścia i nie spowiła nas mroczna ciemność, w której byłam w stanie rozróżnić jedynie jego postawę. 
  Dyskretnie zerknęłam na okno. Była już noc. 
    - Kim jesteś ? - zapytałam niemal bezgłośnie
Czułam na sobie wzrok tego człowieka i odczuwałam nieme zadowolenie, iż jest on w stanie dostrzec teraz tyle co ja.
Czyli niewiele. 
    - Twoim przyszłym mężem, jak mniemam - Niespodziewanie, głos mężczyzny przyprawił mnie o niekontrolowane dreszcze. Wytężyłam umysł i spięłam wszystkie mięśnie, w odpowiedzi na niepokój, który wkradł się naraz do mojej głowy. 
Znałam ten głos. Był mi on niepokojąco bliski, przywołując po sobie zarazem niesmak jak i niechęć. 
   - Tak mam się do Ciebie zwracać? Przyszły mężu? - Zakpiłam, ignorując narastające uczucie paniki. 
Przybysz poruszył się, niespiesznie zmierzając do miejsca oświetlanego przez bijącą z ogrodu latarnię. Śledziłam go wzrokiem, nie zmieniając pozycji. 
    - Nie mamy potrzeby się sobie przedstawiać, Sakurcio, skoro dobrze się znamy. 
Gdy wszedł w obręb światła i byłam w stanie zobaczyć jego twarz...zamarłam. Włosy zjeżyły mi się na głowie, a z policzków odpłynęła chyba cała krew. 
   - Taizo?! - wydusiłam 
   - Kopę lat, moja droga. Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. Rozchmurz się! Tyle czasu się nie widzieliśmy. - Wyszczerzył się, posyłając mi najbardziej obleśny, okrutny uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam. Wzdrygnęłam się, a na wspomnienie jego kolejnych słów, niemal zatrzęsłam z wściekłości - Ależ sprytnie to ukartowałem, czyż nie? 
   - Ukartowałeś?! - wycharczałam, natychmiastowo spinając się i zaciskając pięści. Jak boga kocham, byłam teraz gotowa rzucić się na niego i wybić mu wszystkie zęby. - To ty to wszystko wymyśliłeś?! Ty zniszczyłeś mi życie?!
    - Ja, ja i jeszcze raz ja. - Wyznał, po czym skłonił się teatralnie. Lisi uśmiech nie schodził z jego podłej twarzy - Bo widzisz Sakurciu, zawsze wiedziałem, że między nami jest jakaś chemia. Nękanie cię stało się moim ulubionym zajęciem już od pierwszego spotkania. 
Puścił mi oczko, a ja miałam wrażenie, jakby śmiał mi się w twarz, kpiąc z mojej naiwności.
    - To dlatego nie dawałeś mi spokoju? 
Moja furia rosła z sekundy na sekundę. Czułam, że jeszcze chwila i cała ta osada zamieni się w drobny mak. 
A później rozpęta się wojna. 
Której nie będę żałować. 
  Mój oddech stał się głośny i szybki. Usiłowałam zapanować nad wściekłością.
    - Miałem większe korzyści z częstszych spotkań, to też prawda. Dostarczyłaś mi i mojemu dobremu koledze taką ilość trucizn, że po drobnym rozcieńczeniu jest ona w stanie wybić całą tą waszą Wielką Nację. No, i bądź co bądź zarobiłem na tym krocie. 
Zbliżył się, na co ja automatycznie cofnęłam się o dwa kroki. 
   - Żałuję każdej fiolki, którą w swojej głupocie ci ofiarowałam! 
   - Nie bądź w stosunku do siebie taka krytyczna. Jeszcze wtedy bałaś się, że prawda o twoim sekretnym przyjacielu wyjdzie na jaw. To trochę niefortunne, że was wtedy przyłapałem. - Moje plecy zetknęły się ze ścianą, w wyniku czego serce zabiło mi mocniej a w głowie włączył się trybik o nazwie Panika. Obserwowałam, jak Taizo zbliża się ku mnie, łapczywie oblizując usta. Gniew stopniowo ustępował miejsca rozsądkowi. - A teraz oto jesteś. Wielka, niezależna Sakura Haruno przyparta do muru przez 3 niepodważalne fakty, winy przeszłości i błędy teraźniejszości. Które, niestety, znam. 
Nie odezwałam się, więc kontynuował, zatrzymując się parę centymetrów przed moim ciałem. Zilustrował mnie dokładnie. 
   - I ze względu na nie, nie zrobisz nic, by mnie teraz powstrzymać. - Ułożył rękę na moim policzku i stopniowo przesuwał ją w dół, bezwstydnie sunąc wzdłuż po jednej piersi. Stałam w bezruchu, zastanawiając się, myśląc.. a zarazem gnijąc ze strachu. - Za dobrze cię znam, za dużo o Tobie wiem. Ale dla pewności nieco odświeżę ci pamięć. 
Przełknęłam ślinę
    - Po pierwsze. Twój dawny kochaś, trochę niebezpieczny typ. Myślę, że twoja znajomość z nim mogłaby się paru osobom za bardzo nie spodobać. Zaraz… Czy to przypadkiem nie jest karalne? - Fałszywe zamyślenie i ta chora satysfakcja. Nienawidziłam go. Całym sercem. I gdybym tylko była nieco bardziej porywcza, trochę mniej zatroskana.. Zgniotłabym go jak robaka. 
Tymczasem dalej stałam w bezruchu, czując na sobie jego obrzydliwe łapsko. Teraz wodziło wzdłuż po moim udzie, niebezpiecznie lawirująć w okolicach jego wewnętrznej części. Zacisnęłam zęby. 
   - Po drugie. Przemycałaś trucizny i oddawałaś je w ręce kogoś takiego, jak ja. 
   - Szantażowałeś mnie! - syknęłam, przesuwając się w bok, gdy jego dotyk stał się zbyt natarczywy. Ręką gwałtownie odepchnęłam dłoń mężczyzny. 
   Skwitował to cichym śmiechem. 
   - Po trzecie. Twój obecny goguś. Sasuke, ta? - Ujął mój podbródek i zwrócił go w swoją stronę. Zmrużyłam oczy, wpatrując się w niego ze wszystkim tym, czego nie mogłam mu jeszcze powiedzieć. - Cóż to w ogóle za romantyczna historyjka! Stara miłość nie rdzewieje? Jakoś tak to szło?
    - Zamknij mordę! - usiłowałam się wyszarpać. Trzymał jednak mocno, z premedytacją tylko dociskając moją głowę do ściany. Jego oczy zalśniły mrocznie, gdy zdał sobie sprawę, że zadaje mi tym ból. 
   - W każdym razie mogę mu poważnie zaszkodzić. A ty jesteś tutaj tylko dlatego, że tego nie chciałaś, czyż nie? Nie wyglądasz bynajmniej na kogoś, kto przybył do mnie z własnej woli. Syczysz jak żmija odkąd tylko mnie zobaczyłaś. - Pochylił się i z premedytacją przejechał językiem po moim policzku. Wzdrygnęłam się, szarpiąc jednocześnie - Dlatego wybrałem właśnie Ciebie. Dobrze się stało, że tamta mała poszła w piach. Yuuki była tak bezpłciowa i nudna, że pokładałem wszelkie nadzieje, byleby tylko się powtórnie nie znalazła. - Przywarł do mnie swoim ciałem, jednocześnie przygniatając mnie mocniej do ściany. Warknęłam, jednak jedno jego spojrzenie dobitnie usadziło mnie w miejscu - Musisz wiedzieć, że moje marzenia zawsze się spełniają. Nawet, jeśli trzeba trochę im w tym pomóc..
 Szeroko otworzyłam oczy, odpychając go od siebie jednym, mocnym ruchem. Przeleciał przez połowę pokoju jak szmatka, co było sporym uchybieniem z mojej strony, bo powinnam była wyrzucić go na 100 kilometrów w tył. 
     - Ty…! To ty za tym wszystkim stoisz! - krzyknęłam, łapiąc w dłonie pierwszy lepszy przedmiot. Była to lampa. Zamachnęłam się nią, będąc w każdej chwili gotowa do wyprowadzenia ciosu. - Ty krzywdzisz te biedne kobiety!
    - Łoł, łoł, łoł, nie oceniaj mnie tak pochopnie! - Oczy Taizo były poważne, chodź w jego głosie brzmiała żartobliwa nuta. - Oczywiście, że to nie ja. Po co miałbym porywać własną narzeczoną, zluzuj. I odłóż ten przedmiot, był dość drogi. 
  Rzuciłam mu krwiożercze spojrzenie spod przymrużonych powiek, wzmacniając chwyt.
    - Nie zbliżaj się do mnie. Odejdź. 
    - Widzę, że wróciła ci werwa. Przemyśl jednak dobrze ten twój niemądry bunt, który w gruncie rzeczy i tak nic ci nie da. A może tylko zaszkodzić. Pamiętasz chyba o tych truciznach, które wymyślałaś specjalnie dla mnie. Pomyśl, jak wiele krzywdy mogą wyrządzić, wmieszane w Kekken Genkai mojego klanu, na przykład jako trujący deszcz?
   - Nie zrobisz tego!
   - Nie zrobię, jeśli nie dasz mi ku temu wyraźnego powodu. - Wzruszył ramionami, jakby wyrażając swoją niemoc w tej kwestii. - Więc jak?  
   Powoli, z wahaniem odstawiłam trzymany w dłoni przedmiot na parapet, jednocześnie nie spuszczając bacznego wzroku z Taizo. Mężczyzna uśmiechał się przebiegle i co rusz oblizywał usta. 
    Wyprostowałam się, twardo spoglądając przed siebie, prosto w oczy człowieka, który tak zręcznie zniszczył mi całe życie. 
    - Dobry wybór - skwitował. Następnie ruszył do przodu i niespodziewanie zamachnął, mocno uderzając mnie w prawy policzek. Od siły ciosu aż upadłam na podłogę, zapominając, jak nieobliczalnym potworem był ten człowiek. 
   Krzyknęłam głucho, w tym samym momencie uświadamiając sobie, że nie mogę mu oddać, podobnie jak nie mogę wygrać tego starcia. Dlatego też zacisnęłam zęby, gdy złapał mnie za włosy i brutalnie pociągnął w stronę łóżka, niemal rzucając na miękką powierzchnię. 
W następnej sekundzie poczułam, jak całe jego ciało zwala się na mnie, dociskając do materaca. Wierzgałam się i szarpałam, usiłując go z siebie zrzucić. 
Z trwogą zauważyłam jednak, że mój sprzeciw tylko go nakręcał. 
   Krzyknęłam rozpaczliwie, gdy dotarła do mnie kolejna z prawd. Skontrował moje dłonie oraz nogi, uniemożliwiając mi użycie jakiejkolwiek zdolności. Wyrzuciłam do góry głowę, usiłując go znokautować, cios nie doszedł jednak do celu. W zamian za to, mocno ugryzłam go w ramie. 
    - Ałł, spokojnie. - wydyszał, usiłując dobrać się do mnie jedną ręką. - Zaraz cię udobrucham. 
    - Puść mnie! Zostaw!
    - Za bardzo się natrudziłem, żeby cię tu sprowadzić - Dotarł do mnie jego ohydny uśmieszek, gdy tak trwał nade mną, spoglądając lubieżnie. Nagle raptownie spoważniał - A teraz posłuchaj uważnie, ty durna awanturniczko. Jutro zostaniesz moją żoną, a to oznacza, że każdy twój ruch, każda myśl i każde słowo będą w moim posiadaniu. Ty będziesz w moim posiadaniu, jako tylko nic nie warta kobieta. Dlatego będziesz, czy ci się to podoba czy nie, przykładnie mnie reprezentować wśród towarzystwa, zajmować się domem tak jak należy i rozkładać szeroko nogi, gdy tylko tego zapragnę.  
Szarpnęłam się panicznie, w tym wszystkim nie panując nad łzami, które zdradziecko potoczyły się po moich policzkach. Walczyłam, niemo usiłując nie dać obedrzeć się z resztek godności, które mi pozostały. Przy czym nawet mój płacz był cichy, jakby ktoś pozbawił go dźwięku. Poraziła mnie okrutność jego słów, a sama wizja takiego życia niemal pozbawiła tchu.  
   - Puszczaj, ty draniu! Nie waż się mnie dotykać! 
   - Będziesz moją domową dziwką - wyznał bestialsko, łypiąc na mnie pożądliwie. 
Wzdrygnęłam się gdy poczułam jego lubieżną dłoń na swoim nagim brzuchu. Byłam oszalała ze strachu.
Błagam, niech ktoś mi pomoże. Błagam…! 
   I wtedy nagle okno otworzyło się z hukiem, wpuszczając do środka powiew chłodnego powietrza. Oboje zwróciliśmy głowy w tamtą stronę, zamierając w miejscu. 
  Serce zabiło mi żywiej, w tej samej sekundzie pokładając się nowymi porcjami nadziei. Taizo za to odsunął się gwałtownie, niemal spadając z łóżka. Wydawał się przerażony, cała krew odpłynęła mu z twarzy. 
   Z mroku bowiem spoglądała ku nam para nieprzejednanych, krwistoczerwonych tęczówek otoczonych czarnymi łezkami. 
  Sharingan lśnił złowieszczo, wpatrując się w mężczyznę z potępieniem. 
   Naraz, niekontrolowanie uśmiechnęłam się szeroko, a łzy, które teraz leciały po moich policzkach, przerodziły się w łzy błogiego szczęścia. 
    - To ty... - wyszeptałam, z gardłem mocno ściśniętym zarówno z ulgi jak i ze wzruszenia - Wiedziałam, że mnie ocalisz. Zawsze to robiłeś.. Ah... Tak dawno Cię nie widziałam! 


 Aut: I jak i jak i jak? :D :D Podoba się? ♥ Mi bardzo!