środa, 17 października 2018

37. Poranna skłonność do bratobójstwa.

 
  [Sakura]
     - Co się tutaj wydarzyło?! Czy wszystko jest w porządku?!
Naruto wpadł do środka niczym istny huragan, co było oczywiście bardzo w jego stylu. Drzwi otworzył tak zamaszyście, że groziło to w najlepszym wypadku jedynie wybiciem komuś zębów.
  A więc szpitalne łóżko do tej pory otoczone przez sporą grupę ludzi, teraz niefortunnie zrzeszało ku sobie coraz więcej członków, co zauważyłam z pewnym rozgoryczeniem.
W tym momencie do sali w towarzystwie krzyku oburzenia wkraczał przecież Naruto, za nim zaś krok w krok wędrowała cała ekipa powitalna. Byli wszyscy których nie chciałam dzisiaj widzieć.
  Nie, gdy moja głowa chybotała się od nadmiaru wrażeń i najpewniej - własnego ciężaru. Itachi musiał podtrzymywać mnie rękami, w innym razie chyba już dawno poleciałabym do tyłu i straciła przytomność.
 Bóg mi świadkiem. Miałam ochotę po raz kolejny wyzionąć ducha.
Emocje opadały, a ciało całkiem prędko ogarniało znajome odrętwienie i wiotkość każdego z mięśni. Bolało mnie… wszystko. Krew zastygła na częściowo obnażonych nogach, ściągając skórę i pozostawiając po sobie nieprzyjemną cierpkość.
Bezsilnie i na krótko nabrałam wdechu.
   - Maska tlenowa! - zadecydowała racjonalnie Shizune - Cała reszta, odsunąć się a najlepiej wyjść! Wszystko zostało już wypowiedziane!
  Usłuchali. Jeszcze przed tym jak pokój raptownie opustoszał, Itachi z czczą delikatnością położył mnie na materacu, po czym sam również wyszedł.
  Napełniło mnie poczucie gwałtownego spokoju, choć składała się na to zapewne ilość środków usypiających dostarczonych mi wraz z powietrzem. Nie myślałam o tym dopóty rozrywające pulsowanie poczeło maleć, znikając niemal całkowicie. Aż w końcu zasnęłam…
 I tym razem nie zobaczyłam już nikogo. Całe szczęście.


  [Sasuke]
Z sali wyszedłem jako jeden z pierwszych osób, pragnąc uniknąć zamieszania które najpewniej zainicjuje zaraz Uzumaki. Nie miałem najmniejszej ochoty odpowiadać na tabun jego pytań.
Wystarczy mi, że sam miałem ich mnóstwo.
Mimo to coś zmusiło mnie bym w progu pomieszczenia zawahał się i obejrzał za siebie. Ulotnie i tylko przez sekundę, to jednak wystarczyło bym zobaczył, jak troskliwie Itachi obchodzi się z kobietą mojego życia. To w jego ramiona opadła zaraz po przebudzeniu i nic ma do tego refleks, z jakim ten dopadł do jej postaci. Łączyło ich coś przeraźliwie dziwnego, coś, co zmuszało mnie, bym w stosunku do świeżo odnalezionego brata odczuwał jawną wrogość.
 Przekosmiczne połączenie, ponieważ spełniło się marzenie, którego pragnąłem w swoim życiu chyba najbardziej. Chciałem, aby Itachi magicznie powrócił do życia i stanął przede mną cały i zdrowy.
 No to mam.
Z tym, że totalnie nie spodziewałbym się, że wraz z nim w pakiecie pojawi się również zaginiona przed wieloma miesiącami Sakura. Mało tego. W krytycznym stanie oraz, co warto nadmienić, z kolejnym niespodziewanym gratisem, bo była przecież brzemienna.
Fakt, że to na pewno nie mogło być moje dziecko dotarł do mnie bardzo szybko, niemal na równi z zobaczeniem jej po raz pierwszy. Byłem na szczęście na tyle wstrząśnięty, zdziwiony i zaaferowany, że nie miałem czasu, aby dostać z tego powodu apopleksji oraz niekontrolowanego napadu furii. A jednak owa świadomość rysowała się cały czas gdzieś na dnie mojego umysłu, przypominając o sobie za każdym razem, gdy tylko spojrzałem na to maleńkie dziecko, którego porodu niefortunnie stałem się nieodwołalną częścią.
  Nie miałem pojęcia co mam o tym myśleć i jak się zachować. Targało mną wiele sprzeczności, kurwa, jak to mało powiedziane.
Miałem ochotę śmiać się i płakać. Naraz.
I zupełnie nic nie mogłem na to poradzić.
  Zatrzymałem się przy ścianie, w miejscu kończącym ciąg krzeseł po czym spojrzałem z suchą tolerancją na postacie tłocznie kręcące się po szpitalnym korytarzu.
  - Sakura potrzebuje teraz dużo odpoczynku! Musimy ustabilizować jej stan, zaszyć rozdarcia  - tłumaczyła lekarka, choć jej cierpliwość kończyła się z każdym kolejnym zadanym w jej stronę pytaniem - Urodziła dziecko, do cholery! Żadna kobieta, nawet ta która znajdowałaby się w po stokroć lepszym stanie, nie miałaby siły aby rozmawiać z wami wszystkimi przez kolejną godzinę! Poza tym umarła i ożyła, co również pragnę zaznaczyć I… NIE. Nie wiem kiedy będzie można z nią porozmawiać. Nie prędko! Żegnam! Rozejść się do domów!
Zatrzasnęły się drzwi, co nijak pasowało do pragnienia zagwarantowania pacjentce spokoju po czym… zapanowała cisza.
 Idealne podłoże do mrocznych myśli, które kiełkowały w mojej głowie niczym wyjątkowo plenny siew.
  Nie trwała jednak długo. Po korytarzu rozległ się odgłos szybkich kroków. Mocne uderzenia stóp o posadzkę niosły się echem, a ja, w swej nieporadności, jedynie liczyłem każde postępujące stąpnięcie. Okazało się to niezbędne, jeśli nie chciałem posunąć się do seryjnego ludobójstwa.
   Będę potrzebował chyba roku by zrozumieć, co tu się właśnie wydarzyło. Przy czym nie wiem, czy kiedykolwiek poradzę sobie z uczuciem wewnętrznej pustki i zdrady, która ogarnęła mnie gdy po niewielkiej kalkulacji dotarło do mnie, ze urodzone dziecko nie może być moje. Nie należało być matematycznym geniuszem by od 11 miesięcy jej nieobecności odjąć sobie statystyczne 9 miesięcy ciąży. Wynik był prawdziwy, choć porażający.
A jednak była to tylko jedna z rzeczy, która tak wnikliwie doprowadzała mnie do krwawego wkurwienia.
  Jej wygląd, do licha! Co się jej, kurwa, stało! Jak można znaleźć się w tak makabrycznym stanie! Czy ona przez ten czas w ogóle cokolwiek jadła?!
  Mało tego! Zbyt mało! Niedopowiedzeń nigdy dość! Ludzie, trzymajcie mnie…!
  Itachi!
Jego nagła obecność napełniła mnie naraz zarówno szczęściem jak i gniewem. Dlaczego nie ujawnił się wcześniej, skoro żył? I co to za chora relacja, która dzieliła go z moją narzeczoną!
Równie mocno jak chciałem go uściskać, pragnąłem też mu przyłożyć.
Mało sprawiedliwe, za to przynajmniej szczere.
   - Kankuro, witaj znów - Dotarł do mnie stłumiony głos brata. Kłaniał się lekko brązowowłosemu, którego kroki musiałem przedtem słyszeć. Mężczyzna dyszał lekko ale odwzajemnił powitanie - Szybko przybyłeś.
  - Nie nazbyt, jak się okazało. - No Subaku zerknął kontrolnie na drzwi, uprzednio tak rezolutnie zamknięte -  Podobno już po wszystkim… Czy więc…?
  - Możesz odetchnąć. Żyje - wyznał z ulgą, która nieoczekiwanie nieco mnie zirytowała. Usiłowałem przetłumaczyć samemu sobie, że to mój brat którego właśnie odzyskałem! Pomogło. Przez chwilę czułem niewiarygodne szczęście.. A potem znowu dobiegła mnie złość.
Nie no, kurwa, tak nie można żyć.
 - Urodziła się dziewczynka? Tak jak prognozowaliśmy?
Itachi uśmiechnął się kącikiem ust.
  - Tak.
 - A czy jest... - Kankuro raptownie zamknął usta. Starszy Uchiha wyglądał bowiem, jakby chciał wtrącić coś naprędce, zamilkł jednak, jedynie posyłając rozmówcy gwałtowne, ostrzegawcze spojrzenie. Brunet w mig pojął niewypowiedzianą aluzję i pokornie skinął głową - Ah tak, rozumiem. Pójdę więc zobaczyć co u Sakury i dać jej coś na wzmocnienie - powiedział w zamian i bez chwili zwłoki zniknął za białymi drzwiami.
Patrzyłem w ślad za nim z mieszaniną zirytowana i gniewu, swoich podstawowych emocji. Następnie zerknąłem na resztę towarzystwa.  
 Naruto stał gdzieś na uboczu, roztropnie nie drąc japy na lewo i prawo i rozprawiał o czymś z Gaarą, Kakashim, Shikamatu oraz Hinatą, nieodłącznie komponującą się u jego lewego boku. Była zatroskana, choć to uczucie towarzyszyło jej chyba przez całe życie.
  Wtedy też Itachi bezszelestnie podszedł ku mnie, zatrzymując się obok.
Po raz pierwszy odkąd go zobaczyłem, miałem okazję w spokoju mu się przyjrzeć oraz sensownie o czymś porozmawiać. Generalne miałem też nareszcie sposobność by dać mu ostro po pysku, powstrzymałem się jednak świadom nieznajomości faktów.
I własnej słabości.
   - Domyślam się co możesz teraz czuć, Sasuke - odezwał się tak znajomym mi głosem, że naraz wyzbyłem się wszystkich przejawów skłonności do bratobójstwa. Itachi był tu, kurwa, żywy!
Jakie miało znaczenie czyje było to cholerne dziecko, skoro mój jedyny krewny, osoba mi najbliższa, miała się dobrze mimo tego, że sam osobiście pozbawiałem go życia - Czy mogę łudzić się, że po tym co zobaczyłeś porozmawiamy jak brat z bratem, bez zadawania jakichkolwiek pytań?
   - Jak przeżyłeś? - palnąłem od razu, nie bacząc na jego słowa i cokolwiek nerwową postawę.
Spojrzał na mnie z dezaprobatą, po czym niespodziewanie zaśmiał się na krótko.
  - Konkretny jak zawsze - Wyciągnął rękę i wbrew powszechnej opinii uważającej go za ważniaka, dał mi braterskiego kuksańca w ramię. Tak zaskoczył mnie tym gestem, że aż spojrzałem na niego zblazowany. - No coś ty, będziesz teraz robił takie surowe miny? Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
 - Cieszę. Nie widać? - mruknąłem, choć bez przekonania. Czułem się dziwnie skrępowany, tak, jakbym po długiej nieobecności nie wiedział, o czym z nim rozmawiać.
 Itachi tymczasem spoglądał na mnie ze słabo skrywanym rozbawieniem.
 - Kiedyś byłeś nieco bardziej otwartym chłopakiem - przyznał z zadumą, po chwili uśmiechając się rozbrajająco - No chodź tu do mnie, bracie!
  Przysunął się i szeroko rozkładając ręce, zamknął mnie w silnym, niedźwiedzim uścisku. Odwzajemniłem gest, nie mogąc, nie potrafiąc w takim momencie żywić do niego jakiejkolwiek urazy.
   - Naprawdę się cieszę - wyznałem raz jeszcze, co spotkało się tylko z pojedynawczym poklepaniem po plecach.
Odsunął się i raz jeszcze zilustrował mnie wzrokiem
   - Dużo się zmieniłeś od naszego poprzedniego spotkania.
 - Ty, zdaje się, wyglądasz nieco żywotniej niż wtedy.
 - I czuję się o wiele lepiej - przyznał z zawadiackim błyskiem w oku, następnie raptownie poważniejąc - Nie wiedzie Ci się zbyt dobrze Sasuke, zgadłem?
Usiłowałem przemilczeć to zagadnienie, on jednak uparcie wpatrywał się w moją twarz, oczekując odpowiedzi.
  - Szpital nie jest dobrym miejscem do tego typu rozmów - rzekłem wymijająco, ponad ramieniem brata spoglądając na skupioną twarz Kakashiego skierowaną w naszą stronę. Odwróciłem się, pragnąć poczynić wszelkie kroki aby dostać się do swojego domu, usiąść i raz jeszcze to przemyśleć -  Wrócisz ze mną do posiadłości?
  - Nie mogę, Sasuke.
Zmarszczyłem brwii, nieco wytrącony z róznowagi
  - Jak to, nie możesz?
 - Muszę zostać przy Sakurze i dziecku, dopóki obie nie poczują się lepiej. Sam widziałeś, do czego zdolna jest ta dziewczynka. Mogłaby z łatwością wpędzić w genjutsu pól szpitala i nikt nie mógłby nic na to poradzić. A to dopiero początek.
 Na wzmiankę o kobiecie oraz jej potomku, ponownie ogarnęła mnie niekontrolowana złość. Zerknełęm na brata surowo, nieprzychylnie. Czułem się zdradzany za każdym razem, gdy ten wyrażał się o Sakurze z taką poufałością.
   - Co cię z nią łączy Itachi? - zapytałem ni stąd ni zowąd, zadzierając głowę i spoglądając na niego z nieugiętością. - Skąd tak dobrze ją znasz, że chcesz z marszu przejąć opiekę nad nią i nad jej dzieckiem?
Celowo nie wypowiedziałem ostatniego, zamierzonego zdania dochodząc do wniosku, iż o domniemane ojcostwo zapytam samej Haruno, gdy już ta poczuje się na siłach aby mi odpowiedzieć.
W końcu to ją, nie Itachiego powinienem rozliczać z całej tej sytuacji.
Gdyby ode mnie nie odeszła, nigdy nie pozwoliłbym, aby znalazła się w takim stanie...
 Zacisnąłem dłonie w pięści, obserwując reakcję mężczyzny.
 Ku mojemu zdziwieniu ten jedynie uśmiechnął się gorzko i uniósł jedną rękę, znajomym gestem dwoma palcami stukając mnie w sam środek czoła.
Spojrzałem na niego oniemiały, niemal zaklęty w tej jednej chwili.
  - Wytrzymaj jeszcze trochę, Sasuke. Wyjaśnię Ci to wszystko następnym razem.


***


  Od tego momentu minęło już kilka długich dni.
Jak nietrudno się było domyśleć Itachi na krok nie odstępował szpitala, podobno nie reagując nawet na proszące polecenia pielęgniarek by ten udał się w końcu do domu. Nie byłem co prawda świadkiem czegoś podobnego, ponieważ moja noga nie postanęła w tym cholernym miejscu ani razu od dnia pamiętnego porodu, ale Naruto stale i na bieżąco dostarczał mi informacji, jako osoba która bywała tam nadość często. Podobnie z resztą postępowała większa część naszych znajomych - któryś z nich zawsze był na posterunku, gotów dostać się do kobiety nad którą sprawowano ścisłą ochronę.
  Z ostatnich wieści które przyniósł Uzumaki okazało się, że do jej sali wpuszczano jedynie Itachiego oraz Kankuro. Nikt inny, nie ważne na jak bliskie koligacje by się nie powołał, nie miał możliwości przekroczenia progu.
  Blondyn wielokrotnie żalił mi się na przykrość tego zjawiska, nie rozumiejąc dlaczego on, jej najlepszy przyjaciel jest tak okrutnie traktowany. Skrycie zastanawiałem się jak ewentualnie zareagowano by na mnie.   
I czy po tym wszystkim, dalej mam status jej narzeczonego?
Siedząc na własnym fotelu w towarzystwie Twardogłowego, upiłem łyk trunku ze szklanki i zapatrzyłem się w sufit, myśląc intensywnie.
 - Wyobraź sobie, że jej rodziców również odprawiono z kwitkiem! - obwieścił wszem i wobec Naruto, doprawiając gorycz zasłużoną dawką oburzenia - Mało tego! Jeszcze Ci coś powiem!
  Leniwie spuściłem na niego wzrok i zachęcająco skinąłem ręką, ponaglając go do prężniejszego opróżniania swojej szklaneczki.
Chwycił ją i zamaszyście przystawił do ust
   - Podobno, tak mi się obiło o uszy, wieść o jej powrocie i stanie jest silnie strzeżona i to dlatego nikt nie chce udzielać nam żadnej informacji! Ani pozwolić nam ją zobaczyć. - To powiedziawszy, upił łyka skrzywiając się nieznacznie
Wysoko uniosłem jedną brew.
   - Kto ci tak powiedział?
   - Podsłuchałem rozmowę jeden z lekarek która mówiła, żeby kategorycznie nikogo do niej nie wpuszczać dopóki Hokage nie zarządzi inaczej. Sądzę więc, że musi to być jakiś jawny spisek.
   - Rozmawiałeś już o tym z Kakashim?
   - Oczywiście! - żachnął się, zdruzgotany myślą, że mógłbym pomyśleć inaczej. Uśmiechnąłem się ironicznie - Ale powiedział, że mam uzbroić się w cierpliwość bo Sakura nie jest jeszcze w stanie z nikim rozmawiać. Osobiście w to nie wierzę, bo sam na własne uszy słyszałem jej głos, gdy przechodziłem akurat korytarzem!
   - Dziwne.
   - Nie wiem co mam o tym myśleć - wyznał w końcu i bezsilnie opadł na fotel, z głośnym westchnieniem powtórnie unosząc alkohol do ust.
 Zdublowałem jego ruch.
   - A ty? - rzucił znów blondyn, spoglądając na mnie z zawziętością - Czego się dowiedziałeś?
   - Ja?
   - No ty.
  - Nie rozumiem.
   - No przecież musiałeś rozmawiać na ten temat z Itachim, prawda?
Zdumiałem się na krótko
   - Prawdę mówiąc nie bardzo.
  - Sasuke, nie osłabiaj mnie.
   - Nie widziałem go od czasu pierwszego spotkania w szpitalu - wyznałem całkiem szczerze, zastanawiając się ile dni minęło już od tego czasu - I wówczas nie powiedział mi niczego konkretnego. Z resztą, wtedy wcale nie interesowały mnie losy Sakury.
Naruto zrobił poważną minę, co w ogóle nie pasowało do głupkowatego wyrazu jego gęby. Ale postanowiłem przemilczeć ten fakt.
   - Myślałem, że cały świat sobie ze mnie żartuje kiedy zobaczyłem go wtedy, na tym cholernym szpitalnym korytarzu - wyznałem powtórnie, korzystając z chwilowego milczenia rozmówcy - Do tej pory ciężko jest mi w to uwierzyć.
   - Wobec tego dziwię się, że tak go unikasz.
   - Dziwisz się? - powtórzyłem gorzko i z nostalgią zapatrzyłem się w powierzchnię ciemnobrunatnego płynu. Zafalował smętnie - Gdy tylko zobaczyłem go przy jej boku, nader jasno uświadomiłem sobie, że to do niego odeszła przed wieloma miesiącami. Panuje między nimi zbyt intymna relacja, bym miał czelność podejrzewać inaczej.
  - Sugerujesz, że to Itachi jest tym, którego kochała?  - Uzumaki wydawał się zdruzgotany tą wiadomością. Zamrugał skonsternowany i niemądrze rozdziabał usta. - Wybacz. Aż muszę się napić.
Jak powiedział, tak zrobił.
Sam również uraczyłem się potężnym łykiem, czując jak powoli zaczyna szumieć mi w głowie.
  - Jeśli powiesz mi, Naruto, że sam tego nie podejrzewałeś to z całym szacunkiem będę nazywał Cię od dzisiaj Idiotą. - Chłopak milczał jak zaklęty, więc wesolutko pociągnąłem dalej: - Przecież to całkiem logiczne. Odeszła do kogoś, kto był do tej pory uznawany za zmarłego. Sama tak napisała w pożegnalnym liście. Sakura musiała po prostu dowiedzieć się jakimś cudem o tym, że Itachi jednak przeżył i wybrała właśnie jego. Stało się to dla mnie jasne, kiedy zobaczyłem go wtedy, w tych cholernych drzwiach. A później, widząc ich zażyłą relację, tylko się w tym upewniłem.
   - A więc to dziecko… - Naruto nie odważył się dokończyć, w połowie zdania raptownie kończąc wypowiedź.
Zapadła między nami krótka cisza. Każdy poświęcił ten moment na poczet własnych myśli.
  - Tak - rzuciłem cicho, głosem bardziej zmienionym przez rozpacz niż mógłbym to przewidzieć. Naruto spojrzał na mnie z żalem, a ja usiłowałem jedynie nie zwracać uwagi na olbrzymie porcje współczucia, którymi mnie bombardował. Raptownie przechyliłem szklankę, w kilku łykach naraz wyzerowywując całe naczynie. Następnie równie chyżo nalałem sobie następną dawkę whisky. - Zapewne masz rację. Noworodek przebudził sharingana więc musi mieć w sobie krew mojego rodu, a skoro nie jest moje - zaśmiałem się cierpko tonem pozbawionym rozbawienia i ciężko przetarłem twarz dłonią - Na szczęście nas, Uchihów, nie jest tak wiele bym musiał dużo nad tym myśleć.
  Dorwałem się do nietkniętej porcji pijąc tak zapalczywie, że niemal zabrakło mi tchu. A gdy już odłożyłem naczynie na stół, zaniosłem się palącym kaszlem.
   - Dlatego jej tego nie daruje - dorzuciłem, gdy już piekło w gardle przestało być tak uciążliwe. Odurzenie alkoholem powoli zaczęło ogarniać mój organizm, napełniając swawolną błogością- I wiesz co? Muszę to wyjaśnić. Jeszcze dzisiaj pójdę z nią porozmawiać.
   - W takim stanie?! - Naruto otworzył szeroko oczy. Zamrugał szokowany.
   - Tak! - Wyszczerzyłem się cokolwiek nieszczerze, po czym poczyniłem wszelkie próby, aby wstać z miejsca. Przy pierwszym podejściu nieco mnie zmiotło; na ugiętych nogach opadłem z powrotem na fotel. - Do cholery. - wymamrotałem warkliwie
Następnie zaniosłem się gardłowym śmiechem.
   Naruto ukradkiem zerknął na swoją szklankę, wpatrując się w jej wypełnienie z wątpliwością. Następnie z odrazą odłożył ją na stół i odsunął jak najdalej od siebie.


  Godzinę później zjawiłem się przed szpitalnym gmachem.
Wyprostowany niczym struna, pewnym krokiem przeszedłem przez zdecydowanie zbyt długi hol.
 O dziwo, niepostrzeżenie przedostałem się aż na drugie piętro.
Los mi wybitnie sprzyjał, skoro w innych okolicznościach zapewne musiałbym torować sobie drogę przez setki lub miliony podejrzliwych lekarzy.  Tymczasem… pustka. Ani żywej duszy.
  Niemal w radosnym nastroju zatrzymałem się przed drzwiami prowadzącymi do jej sali i wtedy nieoczekiwanie zatrzymałem się raptownie, nagle ogarnięty przez masę wątpliwości.
Bądź co bądź miał być to pierwszy moment, w którym dane mi będzie porozmawiać z nią po tak długim czasie.
 Nie do końca byłem pewny co się właśnie działo, ale w momencie w którym mój rozum rozważał wszystkie za i przeciw, ręka złapała za klamkę a nogi same poniosły do przodu.
  Tak też znalazłem się z nią sam na sam.
W pomieszczeniu nie było nikogo innego, co zauważyłem z pewną ulgą. Spostrzegłem też, że kobieta spała.
  Jej chude, wątłe ciało leżało spokojnie na śnieżnobiałej pościeli podłączone do różnych aparatur. Różowe włosy rozwiewały się swobodnie, zaś głowa wygodnie spoczywała na poduszce. Powieki miała zamknięte, oddech spokojny… To dało mi chwilę na niespieszne przestudiowanie każdej części jej chorobliwie chudego ciała, które nie było przykryte kołdrą.
 Jedyną zmianą, która zaszła w niej odkąd widziałem ją poprzednim razem była inna barwa skóry. Teraz wydawała się ona żywotniejsza, bardziej różowa. W niczym nie przypominała już poprzedniego, kredowo białego odcienia. No, i nie pokrywała jej krew.
 Dzisiaj wszystko było na odwrót. Otoczenie czyste i sterylne, nie zakłócone przez najmniejszy pyłek kurzu; Ona zaś - spokojna, wypoczęta, ułożona błogo we śnie.
  Chwilę wpatrywałem się w jej tragiczne oblicze, po czym wyciągnąłem rękę chcąc złapać ją za ramię i mało dystyngowanie obudzić. Nim jednak moje palce zetknęły się z ciałem kobiety, jej oczy otworzyły się szeroko.
 Biło z nich zaskoczenie.
Sakura powoli, bardzo powoli uniosła się do siadu, ani na moment nie spuszczając ze mnie zlęknionego spojrzenia. Ja tymczasem wyprostowałem się, wsadzając dłonie do kieszeni spodni.
   - Dzień dobry, zdradziecka kłamczucho. Dobrze spałaś?
   - Sasuke..  - wydusiła mimo zaschniętego gardła, natychmiast odchrząkując cicho i zwilżając wargi językiem.
Obserwowałem mimkę jej twarzy z lodowatą obojętnością. Uleciały ze mnie wszystkie opary spożytego alkoholu, pozostawiając po sobie jedynie czystą, wyizolowaną wrogość.
Taką właśnie postawę zamierzałem przyjąć i rad byłem, że tak mistrzowsko udaje mi się to odegrać.
   - Sądzę, że po tak długim czasie wypadałoby się najpierw przywitać. - rzuciłem cierpko, unosząc jedną brew w charakterze jawnej kpiny - Nie mniej jednak skoro nie odbyło się żadne pożegnanie, jestem skłonny przyjąć, że i o powitaniu raczej nie może być mowy. Całkiem zręcznie to wymyśliłaś.
Zachęcony jej wymownym milczeniem chwyciłem stojące przy ścianie krzesło i z głośnym szuraniem przysunąłem go do jej szpitalnego łóżka. Postawiłem tyłem w jej stronę i bez zbędnych słów usiadłem na nim okrakiem, ręce opierając na drewnianym parciu.
   - No, to słucham. Masz mi coś konkretnego do powiedzenia? Coś, co, jak mniemam, odwiedzie mnie od pomysłu zabicia Cię tu i teraz?
To powiedziawszy wskazałem jednoznacznie głową na swoją katanę, bezpiecznie przypasaną do mojego pasa.
Dziewczyna zmieszała się i zerknęła na broń, blednąć niemal momentalnie. Następnie zadarła głowę, na nowo spoglądając tylko na mnie.
Jej zielone oczy napełniły się przerażeniem i strachem.
   - Sprężaj się, jeśli możesz. Nie przyszedłem tutaj żeby sobie pomilczeć. Myślę, że dość się nasiedziałem w ciszy przez te 11 miesięcy.
Patrzyłem na nią znacząco, nie tracąc opanowania ani w myślach, ani w ruchach. Mój wzrok był twardy, nieprzejednany, żądny wiedzy i na poły śmierci.
  - Sasuke.. - wyszeptała powtórnie i boleśnie zagryzła dolną wargę, chcąc zapewne powstrzymać jej szalone drżenie. - … Ja….To…
Nawet nie drgnęła mi powieka, gdy nagle z jej zaszklonych oczu zaczęły ulatywać pierwsze, nieśmiałe łzy. Różowowłosa zacisnęła mocno dłonie na białym materiale pokrywającym kołdrę.
  - Powoli zaczynasz mnie irytować - stwierdziłem po krótkiej chwili namysłu, nie dając jej szansy na jakiekolwiek zreflektowanie się. W ułamku sekundy powstałem z miejsca, złapałem mocno za jej nadgarstek i silnie podciągnąłem całe jej ciało do góry. Byłem nieprzejednany nie pokazując po sobie nawet tego, jak bardzo przeraziła mnie maniakalna chudość i kościstość jej ciała. Dziewczyna była też zatrważająco, niepokojąco lekka.
  Nie tracąc na oziębłości, z powolną irytacją przysunąłem swoją twarz do jej pobladłej, ściągniętej w wyrazie rozpaczy i strachu twarzy. Oczy już od dawna zdobił świetlisty sharingan- niczym prognoza najgorszych tortur.
  Sakura głośno wciągnęła powietrze i niemo załkała, usiłując wydostać się spod mojej siły. Na marne. Słabe oznaki sprzeciwu stłumiłem jeszcze mocniejszym uściskiem. Pisnęła cicho, tak, jak piszczy schwytana w pułapkę mysz i zamarła w bezruchu, jedynie wpatrując się we mnie tylko wielkimi, załzawionymi oczami.
   - Daj mi kurwa jeden powód, dla którego miałbym pozostawić Cię teraz przy życiu! - wysyczałem zawistnie, nie bacząc na łzy gęsto spływające po kobiecym policzku - No, gadaj!
   - Proszę, nie…- zaszlochała tak rozpaczliwie, że niemal pękło mi serce. Jednak nie uległem się, nie poddałem, ani nie pokazałem po sobie jak boli mnie jej strach. Nie miałem już na to żadnych skrupułów - Ja… Ja... Nie chcę... umierać… B-Błagam…
   - Dlaczego mnie zostawiłaś?! - warknąłem, bezczelnie wchodząc jej w słowo.
Miałem na uwadze, że mój czas tutaj nie jest nieskończony, a do pomieszczenia w każdej chwili może wtargnąć osoba niepożądana.
 Tymczasem Sakura jakby robiła wszystko, by tylko mnie spowolnić. Działało to na mnie niczym płachta na byka, bo to ja tutaj byłem poszkodowany, nie ona.
Głośno wypuściłem powietrze z ust, obserwując jak oddech rozbija się o jej lico, lekko poruszając rozwianymi dookoła głowy włosami.
   - … N-Nie rozumiesz, Sasuke… Ty… Ty nic nie wiesz… Ja…  - jąkała się, płacząc jednocześnie - Błagam… P-Puść mnie, S-Sasuke. Boli, to tak boli…
Szlochała głośno i bez silnie usiłowała uwolnić swoją rękę z mojego miażdżącego uścisku. Nawet nie drgnąłem
   - Dlaczego mnie zostawiłaś - powtórzyłem przez zaciśniętą szczękę, szarpnąwszy nią jednorazowo w powietrzu.
   - Bo… bo… - motała się bezradnie, rozbieganym wzrokiem szukając pomocy gdzieś ponad mną. Na jej nieszczęście byliśmy tutaj sami, skazani tylko na siebie. To wyzwoliło w niej nowe pokłady paniki, we mnie zaś - wzmogło dawki złości.
  - Gadaj, Sakura! - Drugą ręką zręcznie sięgnęłem po katanę. Kobieta zarejestrowana ten ruch i niemal się zatrzęsła, na moment raptownie nieruchomiejąc; nawet jej płacz ustał na krótką sekundę.
   - O-Odeszłam…bo - wyznała tak cicho, że musiałem się pochylić by wyłapać poszczególne słowa. Głos jej drżał i załamywał się. Od szlochu brakowało jej tchu - bo… cię… cię nie kochałam.. Ja… Przepraszam, Sasuke… P-Proszę.. Puść mnie teraz. Błagam..!
   Jednym sztywnym ruchem uwolniłem jej nadgarstek, sprawiając, że opadła na szpitalne łóżko zanosząc się cichym płaczem. Dygotała na całym ciele i nie była w stanie opanować tego uczucia.
Spoglądałem na nią z góry, bez litości, z dobrze znaną sobie oziębłością.
   - Wykorzystałaś mnie dla swojej nędznej rozrywki, tak?
   - Nie… Nie mów tak, Sasuke.. Ja.. To… To nie tak, błagam… Musisz mi uwierzyć…
Jej błagalne spojrzenie usiłowało przebić się przez lód, którym skute było moje serce. Nie zareagowałem w żaden sposób na jej prośby, wręcz odwrotnie, uśmiechnąłem się krzywo, niczym szaleniec.
   - Uwierzyć, że nie jesteś tak podłą szmatą, na jaką wyglądasz? - Z satysfakcją obserwowałem, jak cała skuliła się w sobie, jakby od ciosu.  - To może być trudne.
  - Sasu...
  - Zdradziłaś mnie z Itachim, czy też raczej odwrotnie, Itachiego, ze mną? - Spojrzała na mnie zszkowana, ale ani myślałem przestać - Po prostu jestem ciekaw. Usiłujesz zainicjować jakieś braterskie waśnie, chcesz nas poróżnić?
 - Nie! Nie, Sasuke nie mów tak.. Błagam - Nędznie otoczyła swoje ciało ramionami, jakby w ten sposób chciała zahamować jego drżenie. - W-Wszystko ci… ci wyjaśnie, obiecuje… Ale.. Ale nie teraz… Nie … Nie dam teraz rady… P-Przepraszam Cię… przepraszam, Sasuke…! - szlochała bezustannie, plącząc się we własnych wyjaśnieniach.  
W rzeczywistości Sakura była tylko wiecznie płaczącą, rozdygotaną i histeryczną smarkulą, teraz to zrozumiałem, patrząc na to jak nieporadnie usiłuje wytoczyć w moją stronę cokolwiek sensowne zdanie.
   - Zadam ostatnie pytanie. - rzuciłem szorstko, uciszając jej nieporadne, godne pożałowania bełkoty. - Kto jest ojcem tego dziecka?
  Zamarła, a jej oczy, jeśli to w ogóle możliwe, rozszerzyły się jeszcze bardziej.
Nagle zniknęło całe to pożal się boże drżenie, zniknął płacz. Kobieta zatrzymała się w jednej pozycji, nie będąc w stanie nawet unieść na mnie wzroku.
  Zmrużyłem powieki, wpatrując się w ten mistrzowski popis aktorski z politowaniem.
 Cisza przeciągała się w nieskończoność i kiedy już otwierałem usta by coś powiedzieć, wtedy dotarł do mnie całkowicie obcy ton.
  - Moje. - powiedział przybysz z nienaruszonym spokojem, sprawiając, że automatycznie zeszło ze mnie całe powietrze.
W milczeniu obróciłem się w stronę stojącego w drzwiach Itachiego, chwilę mierząc się z nim spojrzeniem. Następnie wykrzywiłem usta w coś na kształt lekkiego uśmiechu i zaśmiałem się pod nosem.
  - Tak myślałem - mruknąłem, wracając spojrzeniem do postaci różowowłosej dziewczyny. Wciąż trwała w poprzedniej pozycji, teraz jednak zadarła nieco głowę by móc spojrzeć na starszego z braci. Pod powiekami skrzyły się łzy, które teraz z wolna potoczył się po i tak mokrym policzku. Mocno zacisnęła usta. - Widzę, że na tyle upatrzyłaś sobie nasz nieszczęsny klan, że nawet kiedy jeden z nas odchodzi, szybko zastępujesz go drugą sztuką. Sprytne - pochyliłem się nad nią z mrożącym krew w żyłach opanowaniem, szeptając z naciskiem: - .. ale ryzykowne. Nie zadziera się przecież z diabłami.
  - Sasuke, wystarczy już! - Ręka brata spoczęła na moim ramieniu niczym tłumok i jednym pewnym ruchem oddaliła mnie od drżącej jak osika Sakury. Postąpiłem kilka kroków w tył, spoglądając na Itachiego z obcą mi do tej pory w stosunku do niego niedostępnością. W następnej chwili uśmiechnąłem się sztucznie i nieopatrznie… wzdychnąłem w jego stronę powietrzem. - O mój boże! Ty jesteś pijany! - oznajmił nie bez szoku i zaledwie ostatką rozumu powstrzymał się od zasłonienia sobie ust.
Niemal czułem jak spojrzenie Haruno przeskakuje pomiędzy mną a Itachim, jakby ta nie mogła się zdecydować, na kim finalnie zatrzymać wzrok.
   - Spytaj raczej kiedy nie jestem, bracie. - Oddaliłem się od niego na tyle, by w spokoju wyprostować się i na nowo przyjąć obojętną postawę. Tym razem jednak było we mnie coś niestałego, coś co nakazywało rozmówcom zachować czujność oraz spokój - Tyle właśnie kosztuje mnie ten wasz godny poklasku, ckliwy romansik. Gratuluje ci Sakuro udanych łowów. Ostatnia dwójka Uchihów padła ci do stóp jak nędzne robaki! Wybitnie cwana z ciebie lafirynda! Kto by się spodziewał!
   - Sasuke! - zagrzmiał powtórnie Itachi a ja po prostu nie mogłem się nie uśmiechnąć.
Uśmiechem przepełnionym zarówno furią jak i nie mogąc znaleźć ujścia goryczą. Diametralnie zmieniłem nastawienie, nie kryjąc się z tym, jak bardzo byłem wkurwiony. - Prosiłem Cię, byś wytrzymał jeszcze trochę! Wrócimy do domu i wszystko ci wyjaśnimy, masz moje słowo.
  - Nie sądzę, abym potrzebował jakichkolwiek innych wyjaśnień - mruknąłem sarkastycznie - Wybrała Ciebie, a to trochę zakwasiło mi smak zobaczenia cię żywego, Itachi. Zastanowię się, czy potraktować Cię w kategorii wroga, czy sprzymierzeńca jak już przestanę kochać kobietę, do której zacząłeś rościć sobie pewne prawa. Ha! - zaśmiałem się szorstko, usiłując nie słyszeć jak głośno Sakura wciągnęła powietrze. Dziwnym trafem całym sobą byłem nastawiony na emocje tej kobiety i nic nie mogłam na to poradzić. Żeby stłamsić poczucie niesprawiedliwości, wykrzyknąłem z udawanym rozbawieniem:  - Macie nawet dziecko! Wiele baz zaliczyliście w ciągu tych kilku miesięcy!
   - Sasuke błagam, opamiętaj się i przestań pogarszać sytuację!
  - Z ogromną przyjemnością zabiłbym Cię teraz, Nii-san - warknąłem szorstko, nie bez gniewu, twardo patrząc się mu prosto w zdumione oczy. - Gdyby nie to, że już raz popełniłem ten błąd i później nie mogłem sobie tego wybaczyć. Dlatego masz szczęście. W innym razie już byś nie żył.
Odwróciłem się nie bacząc na jego zaskoczony wyraz twarzy, skierowałem się ku wyjściu i  przeszedłem przez próg, mocno trzaskając drzwiami.

***


 Jakiś czas później Sakura wyszła ze szpitala, a ja przyznać musiałem że… równie mocno jak nie chciałem jej widzieć, pragnąłem też ją zobaczyć.
To trochę niepokojące, ale tak właśnie się czułem.
Mimo całej tej dobitnej świadomości, że była z moim bratem i że oficjalnie mi się do tego przyznała. To znaczy może nie do końca ona sama, bo więcej w tamtej feralny dzień ryczała niż mówiła; nie mniej jednak odezwanie się Itachiego raczej nie pozostawiało mi złudzeń.
A jednak całym sobą pragnąłem jej wybaczyć.
Zapomnieć o tym, co mi zrobiła…
Na szczęście nigdy nie byłem aż tak głupi i naiwny.
   - Jak się czujesz, Sasuke? - Naruto, który od jakiegoś czasu przebywał w posiadłości częściej niż mógłbym sobie tego życzyć i zarazem o dziwo w niczym mi nie przeszkadzał, lekko poklepał mnie po plecach
  - Średnio - wybełkotałem, nawet nie zdając sobie sprawy jak mocno byłem wstawiony.
Alkohol stał się dla mnie lekarstwem na całe zło i nie miałem powodów, by jakkolwiek przeczyć temu zjawisku. W butelce whisky odnajdywałem upragniony spokój i ulgę, kij z tym, że w zamian za to zazwyczaj dostawałem poranny ból głowy.
  Odetchnąłem, bez siły opadając na faworyzowany fotel.
  - Jak masz zamiar żyć z nią pod jednym dachem?- dopytywał bezustannie ten baran, Uzumaki, za nic mając sobie takie pojęcia jak takt czy wyczucie sytuacji. - Przecież to jasne, że się tutaj pojawią. I to zapewne jeszcze dzisiaj. Wyszła ze szpitala, miałem nawet okazję chwile z nią porozmawiać. Wygląda… Wygląda…
   - Strasznie, wiem - Sięgnąłem po butelkę - I co ci takiego powiedziała? - Byłem zmęczony jego pierdoleniem a jednocześnie nie miałem siły ani ochoty by wywalić go ze swojego domu. Znosiłem więc to bełkotanie ze świątobliwą cierpliwością.
  - Niewiele. Ogólnie wydawała się taka zgaszona, cicha, hmm.. sam nie wiem jak to nazwać, może słaba? Przed zniknięciem była całkowitą odwrotnością osoby, którą jest teraz.
  - I sporządziłeś te wnioski na podstawie krótkiej rozmowy?
Naruto nachmurzył się zirytowany
 - Przestań sobie żartować, Sasuke. Nie zaprzeczysz przecież, że jest inaczej.
  - No nie.
  - Z Itachim nie wygląda zresztą na szczęśliwszą, niż była z Tobą.
 - Mhmm… - przestałem go słuchać, raz po raz jedynie kiwając w jego stronę głową
  - Nie wydaje ci się to podejrzane?
  - Mhmmm...
  - Ale się rozgadałeś, Sasuke. Masz, napij się jeszcze. - Z nerwem podsunął w moją stronę następną pełną butelkę -  Alkoholizm ci służy.
  Odkąd tylko ten cholerny, natrętny typ dowiedział się, że to Itachi jest ojcem dziecka Sakury, dosłownie nie dawał mi spokoju, wiercąc temat różowowłosej i nie odpuszczając go nawet na chwilę.
Chciałem go udusić, ale potem myślałem sobie, że w sumie smętnie by było, gdybym nie miał kogo gnoić.
Więc pozostał, od czasu do czasu zaglądając do mnie nawet w towarzystwie Hinaty, która podobnie jak on, również nie mogła w to uwierzyć.
Kurwa. Nikt nie mógł.
A jednak taka była prawda.



    Aut. Zanim mnie skrzyczycie, pamiętajcie proszę jak bardzo Was kocham!♥ I jak wiele Wam zawdzięczam i, że gdyby nie Wy całe to moje pisanie tutaj nie miałoby żadnego sensu! :) :)
No! To jak już Wam nasłodziłam, to możecie mnie rugać.
Tylko powoli, po kolei, nie wszyscy na raz! ;)
  A tak na poważnie - lecimy z mocną akcją.
I żeby nie było żadnych wątpliwości: tak, planowałam to od samego począteczku :) Może mało to humanitarne i sprawiedliwe z mojej strony, ale (jak widać) nieskończona ze mnie sadystka.
   A tak na poważnie zastanawiam się teraz, czy trochę nie pojechałam po bandzie z tymi wydarzeniami. No, ale jak już się powiedziało A to trzeba powiedzieć też B. Nic nie poradzę, choćbym chciała.
  Kości zostały rzucone.
  Jak Wam się to podoba? Kto już tu więcej nie wróci? :P :P

Pozdrawiam ciepluuuutkooooo!
Temira ♥

Ps. Pamiętajcie proszę o skomentowaniu moich dwóch ulubionych opowiadań ItaSaku - oczywiście, jeśli się na nie skusiliście (linki w poprzednim rozdziale) ♥ Dziewczynom na pewno będzie z tego powodu baaaardzo miło!
Mi z resztą także, of cors!

   Czy wspominałam, jak ciepluuuutko Was pozdrawiam? :) :)