czwartek, 3 stycznia 2019

41. Bracia Ślepcy

   

Atmosfera uległa drastycznej przemianie.
Itachi bezustannie manewrował w okolicy kuchni oraz salonu, usiłując wyłapać ową nieścisłość.
Do licha, przecież nie był idiotą. Nie umknął jego uwadze drażliwy humor dziecka, raczej małomówna Haruno oraz zadziwiająco wiecznie nieobecny Sasuke.
Mała Naori, komponując się z zewsząd atakującą nerwowością, płakała jeszcze bardziej niż przedtem - o ile fizycznie było to w ogóle możliwe, Sakura już od dwóch dni nie wychyliła nosa ze swojej sypialni, natomiast jego młodszy brat, Sasuke, ledwo wracał z misji, już z marszu zapowiadał prędkie wyruszenie na kolejne z zadań.
 Starszy Uchiha nie potrafił znaleźć słów które mogłyby trafnie wpisać się w toczoną sytuację.
Przeklęty los.
  Pociechy dodawał jedynie fakt, iż wspólnymi siłami udało im się odwzorować kolejność pieczęci, co zwiastowało szybkiemu pozbyciu się kłopotu ze starszyzną - oraz czającą się gdzieś z tyłu głowy, nieustanną świadomością postępującej z dnia na dzień potęgi, uwięzionej w zbyt niewielkim, nazbyt delikatnym i kruchym ciałku.
 Itachi oczywiście był w stanie przyznać się przed tym tylko przed samym sobą, ale obawiał się mocy córki Sakury. Nic nigdy przedtem nie przerażało go tak bardzo jak to małe dziecko, które za słodką, pulchną buzią skrywało brzemię monstrualnej, nadludzkiej siły.
Mężczyzna żywił mroczne podejrzenia, że nawet zapieczętowanie na jakiś czas tego okrutnego daru nie sprawi, że problem z nim rozwiąże się samoistnie gdy Naori podrośnie. Dziewczynka może nie poradzić sobie z opanowaniem mocy swoich oczu. Potęga ta może ją przerosnąć, ogłupić, a w konsekwencji zatracić.
Jak wielu Uchihów poległo, chcąc zdobyć coś, co w porównaniu do daru Naori było zaledwie okruszkiem, marną, niewielką drobiną? Członkowie rodu umierali w imię siły częściej, niż pozwolił sobie na to inny klan; częściej niż oddawali życie w imię honoru czy dobra wioski. Odchodzili mając na ustach jedynie gorzkie uśmiechy porażki.
Co więc czekać może to małe dziecko? Istotę której powierzono brzemie tak ciężkie, że nawet on, Geniusz Klanu nie byłby w stanie sobie z tym poradzić?
Jak ma, do licha, poprowadzić to niewinne stworzenie, by nie patrzeć na jej upadek,
nie być częścią jej porażki? Itachi ponad wszystko na świecie, nie chciałby by Naori spotkał tak przykry los.
Balansowanie na granicy obłędu, w konsekwencji samodestrukcja. Znał ten scenariusz, doznawał jego biegu dziesiątki razy. Ilu kuzynów, wujów i ciotek pochował niegdyś w grząskiej ziemi. Jedni z wielu, którzy niechybnie przegrali.
 Miał dobijającą świadomość, że odpowiedzialność za los dziewczynki spoczywać będzie na jego barkach. Kiedyś, jeszcze kilka dni temu łudził się, że zadanie to nie zostanie powierzone tylko jemu, teraz jednak, widząc jak przedstawia się sytuacja, gorzko zdawał sobie sprawę ze swojego położenia.
Bał się konsekwencji, wiedząc jak duże są szanse niepowodzenia.
Itachi nie miał w zwyczaju nie doceniać swoich rówieśników, szczególnie jeśli ci już od pierwszych dni życia wykazywali zdolność do najbardziej destrukcyjnych technik.
  Wyszedł przed dom, wystawiając twarz na ciepłe promienie letniego słońca.
Potrzebował chwili wytchnienia, nieopatrznie i na krótko odnajdując ją tylko w otaczającej go przyrodzie.
Żył z nią za pan brat, właściwie nigdy nie pragnąc wchodzić czemukolwiek i komukolwiek w drogę. Nawet będąc w Akatsuki nie stawiał walki ponad wszystko; wręcz przeciwnie. Unikał konfrontacji, także tych z samym sobą, zatajonych gdzieś w głębi umysłu.
 Sakura pomogła mu uwolnić się spod ogromnego głazu, który go przygniatał. Rozsypując jego powierzchnię w drobny mak, nieopatrznie pozwoliła jednak by sterta kamieni ponownie przygniotła jego sumienie.
A teraz zdaje się, nieświadomie dorzucała do owego zwaliska coraz więcej pokruszonej skały.
 Ale nie miał jej tego za złe. Właściwie, to Itachi chyba nie potrafił myśleć o niej w jakikolwiek negatywny sposób.
Była niczym wiązka światła w całym tym mroku, który otaczał jego żywot. Niczym wskazówka, w którą stronę powinien podążać, by wreszcie wyjść z ukrycia i ukazać się światu.
Tym trudniej było mu narażać ją na wszelkie przykrości. Nie mniej jednak, jak bardzo nie chciałby jej ranić, wiedział, że z wolna nadchodził czas prawdy.
 Nie mógł tylko wiedzieć, jak szybko wybije godzina zero.
A owa zbliżała się nieuchronnie…
   I wtedy usłyszał huk. A później dźwięk, żywcem wyjęty ze swojej wyobraźni.
Brzmiał niczym przewalająca się na ziemię sterta gruzu.

 
[Sasuke]
   Zatrzymałem się, gwałtownie spinając ramiona.
Ogarnęło mnie dziwne przeczucie, brzmiące niemal jak surowa przestroga. Obejrzałem się za siebię, w stronę osady którą opuściłem kilkadziesiąt minut temu.
I choć teraz moje oczy natrafiły jedynie na konary pnących się ku górze drzew, nie odwróciłem wzroku.
Najpierw zmarszczyłem brwii, a gdy nurtujące mnie uczucie ani trochę nie zmalało, ostrożnie obróciłem całe ciało w kierunku Konohy.
Nie chciałem tam wracać.
Zdaje się, wszystko co robiłem ostatnimi czasy sprowadzało się do nieprzebywania w tym miejscu ani jednej niepotrzebnej minuty. Dlaczego więc coś teraz nakazuje mi udać się tam znowu mimo tego, że ledwo zdążyłem opuścić tą przeklętą wioskę?
 Uparcie nie stawiałem ani jednego kroku w żadną ze stron, trwając tak, w rozdarciu i wewnętrznym niepokoju. Wtedy też niemal namacalnie poczułem, jak coś mocno pchnęło mnie w plecy.
Naraz rozejrzałem się zdekoncentrowany doświadczonym zjawiskiem, natychmiast pochwytując w dłoń swoją katanę.
W pobliżu nie było jednak nikogo, nawet wiatru.
   I wtedy to usłyszałem.
  - Ruszaj głupcze. Prędzej!
A głos ten zabrzmiał jedynie w mojej głowie.

   Biegiem dotarłem do domu. Być może na złamanie karku gnał mnie niepokój, być może rzucona w powietrze przestroga.
Nie zlekceważylem ostrzeżenia, jak nierealnym mi się wydawało, postanawiając sprawdzić to, co dla nieznanej mi istoty wydało się sprawą nadrzędną, najpilniejszej rangi.
  Wpadłem wgłąb posiadłości, bardziej instynktownie jak zamierzanie od razu kierując się w stronę Ich sypialni, skąd właśnie dochodził głośny, dziecięcy lament. Z kamienną twarzą minąłem przewrócone w popłochu krzesło, już po chwili z mocą napierając na lekko uchylone drzwi.
  Od razu w oczy rzuciła mi się ogromna, ziejąca wręcz dziura w ścianie przez którą właśnie do środka wdzierał się mocny, zimny wiatr. Stanąłem jak wryty, dopiero po kilku sekundach jak w amoku, otępiale przenosząc wzrok dalej, najpierw na stojącego przed zniszczeniami, mocno wzburzonego Itachiego, którego spięta i zarazem wroga postura w pierwszym momencie całkowicie przysłoniła mi obraz niemowlęcia, mocno wciśniętego w jego ramiona.
Naori płakała przeraźliwie, a ja mógłbym przysiąc że histeryczny, rozpaczliwy wydźwięk tego gestu dotarł do moich uszu dopiero teraz, gdy naraz to, co działo się naprzeciwko z zatrważającą mocą zaatakowało mój wzrok oraz słuch.  
  Z sercem w gardle powiodłem spojrzeniem jeszcze dalej, w poszukiwaniu tego, co do tej pory pozostawało nieuchwytne. Niemożnośc zlokalizowania kobiety, w pierwszym momencie wyzwoliła we mnie ogromną, niemożliwą do pojęcia ilość paniki. Rozbieganymi oczami i nerwowością zdradzaną w gwałtownych ruchach rozejrzałem się, na szczęście i ku ogromnej trwodze odnajdując to, czego poszukiwałem.
Drobna istota kuliła się na podłodze w rogu pomieszczenia, zgarbiona i roztrzęsiona, niczym bezbronne, skrzywdzone szczenię. Szlochała bezgłośnie, rękami obejmując swoją kruchą a zarazem rozbitą postać.
Patrzyłem, nie mogąc uwierzyć ani nawet nie pragnąc pojąć, co też wydarzyło się tutaj przed kilkoma minutami. Najważniejszym było, by sprowadzić na kobietę spokój, odegnać wszystkie demony - otulić, ochronić.
 Nim jednak moje ciało wykonało jakikolwiek ruch, zerknąłem na Itachiego, którego postawa zdradzała jedynie ogromne zdenerwowanie. W wolnej dłoni mocno ściskał kunaia. Mężczyzna sztywno podszedł do rozbitej w drobny mak Sakury, ukazując jej zapłakanemu obliczu postać dziecka.
 - Mam ją, Ptaszyno. Spokojnie. Nie odważy się wrócić, nie teraz.   
 Zielone oczy kobiety rozszerzyły się w wyrazie ogromnej ulgi. Dziewczyna natychmiast porwała córkę w ramiona. Tuliła ją do siebie, czule ucałowywując każdy skrawek drobnej, dziecięcej główki.    
Starszy Uchiha spoglądał na to wszystko z góry, nie poruszywszy się w żaden ze sposobów. Przez jego wzrok przedzierała się nieznana mi dotąd surowość.  
  Następnie, dość niespodziewanie i z równie nieodgadnioną miną zerknął na moją osobę, w dalszym ciągu tkwiącą jak pacan przy progu, patrzącą, bierną, nie zadającą pytań - których w tamtym momencie miałem całe mnóstwo.
W dalszym ciągu dzierżyłem w dłoni katanę, natłok wrażeń pozwolił mi na moment o tym zapomnieć. Teraz, pod naporem spojrzenia brata bez słowa pozbyłem się jej, ulokowując przy swoim boku.
W sekundę zrozumiałem, że niebezpieczeństwo, czymkolwiek było, zniknęło - choć nie na zawsze.
Nie potrafiłem tego pojąć ani w jakikolwiek sposób ułożyć sensownie w swojej głowie, a jednak coś nakazywało mi myśleć, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż pozwolono mi do tej pory sądzić.
Poważny wyraz twarzy Itachiego tylko mnie w tym upewnił, podobnie jak słowa, które wystosował do Sakury kilka chwil po tym, jak pomógł jej podnieść się z podłogi i ustać na roztrzęsionych nogach.
 - Musisz spojrzeć prawdzie w oczy, Sakura. Znalazł sposób, by się do Was dostać. Nie możemy czekać już ani chwili dłużej. - Po czym, równie oznajmująco zwrócił się do mnie - Sprowadź Naruto, Shikamaru oraz samego Hokage. Jak najszybciej.
 Byłem na tyle otępiały, że w pełni świadomości postanowiłem, na boga, odwrócić się i faktycznie udać po trójkę wywoływanych mężczyzn. Rzucając jeszcze ostatnie spojrzenie na Sakurę i Itachiego, zniknąłem, mając wrażenie, że im prędzej wykonam polecenie brata, tym szybciej dowiem się, co tutaj zaszło i dlaczego tak bardzo wydarzenie to zdruzgotało kobietę, którą kocham.
    

   Niecały kwadrans później zjawiliśmy się, całą czwórką u progu posiadłości. Nie byłem zbyt wylewny w słowach, pokrótce tłumacząc każdemu z nich, że niezwłocznie muszą się udać się wraz ze mną. I tyle.
O ile Naruto zgodził się na wejściu, tak Shikamaru z Hatake pozostawali nieco bardziej sceptyczni. Ogromnie mnie to, lekko mówiąc, zdenerwowało więc po krótkiej wymianie zdań, finalnie jesteśmy tutaj wszyscy.
Tych kilka minut dało Sakurze czas na uspokojenie się, Itachiemu zaś pozwoliło zebrać myśli do kupy - odgadnąłem to, gdy po wejściu do salonu zobaczyłem ich sztywne postacie, tkwiące w bezruchu w dwóch, ustawionych obok siebie fotelach. Naori spała, kołysana lekko w ramionach swojej matki, której zielone oczy teraz wbite były w deski podłogi.
Jej partner za to spoglądał prosto na nas, kiwnięciem dłoni wskazując na ustawioną naprzeciwko siebie kanapę.
 - Siadajcie, proszę. Mamy wam z Sakurą coś do powiedzenia.
Mimo zaproszenia, nikt nie poruszył się, naraz zawładnięty tragizmem chwili. Oczy wszystkich skupione były na przygarbionej postaci kobiety, której ramiona wciąż, mimo starań trzęsły się a twarz w dalszym ciągu pozostawała naznaczona śladami po rzewnych łzach.
 Sakura, chyba wyczuwając na sobie ciężar obcych spojrzeń, lekko zadarła głowę już po chwili w równie zachęcającym geście wskazując nią na siedzisko.
 - Lepiej, żebyście usiedli. - powiedziała cichutko, spuszczając smutny wzrok na buzie dziecka.
Z pewnym wahaniem zbliżyliśmy się, siadając na ten nieszczęsnej kanapie - zgodnie z ich wolą. Wtedy też Sakura z Itachim wymienili się krótkimi spojrzeniami. Następnie mężczyzna westchnął ciężko.
 - Przepraszam za pośpiech, w wyniku którego Was tutaj ściągnąłem, jednakże sytuacja stała się na tyle poważna, że nie jestem w stanie już jej kontrolować ani tym bardziej, dłużej zamiatać pod dywan. - Wraz z pierwszymi słowami, stopniowo ulatywało z niego zrodzone napięcie. Brunet przejechał dłonią po twarzy, wbijając wzrok w twarz Kakashiego, którego oblicze pozostawało na tą chwilę nieodgadnione. - Jest parę rzeczy, o których powinniście wiedzieć. Kakashi, Shikamaru, Naruto i zwłaszcza Ty, Sasuke. Okłamywaliśmy Was w bardzo wielu sprawach.
 Sakura poruszyła się nerwowo w miejscu, opuszkami palców podskubując tapicerkę fotela. Dostrzegłem to zaledwie kątem oka, generalnie całą uwagę skupioną mając na bracie.
Zmarszczyłem brwii.
 - O czym wy gadacie, dattebayo? - Uzumaki rozparł się na miękkich poduszkach, prezentując wyjątkowo niespokojną postawę.
 - Rozumiem, że zamierzasz w końcu wyjaśnić mi, jakim cudem przeżyłeś. -   Wtrąciłem domyślnie, i idąc za przykładem Naruto, pozwoliłem sobie usiąść z deka wygodniej. Czułem, że oto nadszedł moment, na który tak długo czekałem.
I, że nie będzie to krótka opowieść.
 W tym wszystkim nie rozumiałem tylko, kto był w stanie zaatakować naszą bronioną barierą posiadłość i wystraszyć ich dwójkę do tego stopnia, że Sakura dalej panicznie rozglądała się dookoła siebie a Itachi z marszu postanowił w końcu mi o czymś powiedzieć.
Ba, nie tylko mi. Sytuacja była na tyle poważna, że w gronie słuchaczy musiał znaleźć się również sam Hokage oraz jego nieodłączny sekretarz - Shikamaru.
Coraz bardziej mi się to wszystko nie podobało.
 - Między innymi Sasuke, ale spokojnie. Na wszystko przyjdzie pora - Odetchnął, zbierając myśli przed następną wypowiedzią
 - Właściwie, to mam do Waszej dwójki bardzo wiele pytań - powiedział trzeźwo dziedzic klanu Nara, stykając ze sobą palce obu swoich dłoni. - Pojmuję, iż jest to najlepszy czas, by je zadać.
- Istotnie, Shikamaru ale musisz wstrzymać się z wszelkimi domysłami aż do samego końca mojej opowieści. Pozwól, że zacznę wszystko od początku. - Itachi leniwie uniósł głowę, spoglądając z nostalgią w stronę Sakury, która teraz uparcie wpatrywała się we własne kolana. Mężczyzna odchrząknął, a wtedy kobieta nadość płochliwie uniosła wzrok, równie szybko z powrotem go opuszczając. - A wszystko zaczęło się, od momentu w którym poznałem Sakurę.
 - Jak dawno temu to było? - wtrącił Kakashi, widocznie usiłując uzupełnić lukę w informacjach a zarazem ulokować owe wydarzenie w odpowiednim miejscu na linii chronologicznej czasu.
 - Podczas naszej pierwszej, wspólnej misji po powrocie Naruto z paroletniego treningu - szepnęła Sakura, ku zaskoczeniu chyba wszystkich. Nie patrzyła się na nikogo konkretnego, nawet nie uniosła głowy. Po prostu mówiła, głosem cichym choć wyraźnym. Wstrzymałem oddech, nie chcąc zagłuszyć jej szeptów - Mieliśmy za zadanie ocalić Gaarę z rąk Akatsuki. Rozdzieliliśmy się wtedy, pamiętacie? Wy wyruszyliście w pogoń za Deidarą, a ja wraz z Chiyo zostałam, by stoczyć walkę z Sasorim, władcą marionetek. - Przerwała, by nabrać wdechu - Gdy ją wygrałyśmy, Szanowna Chiyo postanowiła ruszyć w dalszą drogę by was dogonić. Ja, ze względu na odniesione obrażenia, musiałam zostać by niepotrzebnie nie opóźniać babuni i w spokoju wylizać większe rany.
 - Mniej więcej wtedy pojawiłem się ja - orzekł poważnym głosem Itachi - Postanowiłem na własną rękę sprawdzić, jak przedstawia się sytuacja Sasoriego. Jak się domyślacie, przybyłem jednak zbyt późno by móc cokolwek zmienić. I tym właśnie sposobem znalazłem się na polu bitwy, nie mając pojęcia, że ktokolwiek jeszcze może się na nim znajdować. Sakura jest mistrzynią w manipulowaniu chakrą, nie wstydzę się więc, że nie byłem w stanie jej wyczuć.
  - Byłam przerażona - wtrąciła Sakura, a jej wypowiedź dopełniła cienka nutka rozbawienia - Ledwo pokonałam jednego członka Akatsuki, a tu znikąd pojawia się drugi. W dodatku, niechlubnie wysławiony brat Sasuke, morderca i zdrajca - we własnej osobie. Od razu go rozpoznałam, mimo tego, że nigdy tak właściwie nie dane mi było go zobaczyć. Jesteście tak podobni do siebie nawzajem.. - Uśmiechnęła się z melancholią - Pamiętam to jak dzisiaj. Gdy tylko zrozumiałam, że zbliża się nieprzyjaciel, ukryłam się za jednym z większych kamieni, obserwując. Pod nosem mamrotałam krótką modlitwę o zbawienie duszy. Byłam przekonana, że nie wyjdę z tego żywa. Ale później, gdy rozpoznałam przybysza, zaczęłam żywić nadzieję, że nawet jeśli nie zdołam go co prawda zabić, to może chociaż częściowo sprawię, że Itachi pozostanie osłabiony, długotrwale ranny - co w przyszłości pomoże Sasuke w wygraniu ostatecznego starcia. - Teraz rozbawienie kobiety było już namacalne, co nijak pasowało do niepewnych w wydźwięku słów i rozedrganej postury. A jednak z każdym następnym zdaniem, Haruno otwierała się, a mówienie przychodziło jej z coraz większą łatwością. Przełknęła ślinę, nim dopowiedziała:
- Byłam wtedy tak głupiutka, tak naiwnie zakochana, że niemal uwierzyłam w to, że jestem w stanie poradzić sobie i z Itachim. Pomyślałam, że gdyby tylko udało mi się go poważnie uszkodzić, Sasuke nie musiałby już brnąć w ciemność w imię zemsty. Nie szukałby potęgi ani mocy, tylko z łatwością pokonałby znienawidzonego brata, wróciłby znowu do wioski i wszystko byłoby takie jak dawniej…
Mówiła o mnie, a jednak nie spojrzała w moją stronę ani jeden raz, jakby celowo unikała spoglądania w owym kierunku. Ja tymczasem niczym maniak usiłowałem wychwycić jej spłoszone spojrzenie.
Wszystko co mówiła, obrazowało mi wyraźnie jak wielkim byłem egoistą i jak duże piętno odcisnąłem na tej niewinnej, czystej jak łza dziewczynie którą wówczas była.
Swoimi słowami Sakura dowodziła, jak gorące uczucie zdołałem ugasić za sprawą zwykłego zobojętnienia, nie mówiąc już o wściekłości i goryczy, którą przelewałem na pozostałości Drużyny 7 ilekroć tylko się na nich natykałem.  
Zacisnąłem pięści, nie odzywając się.
To w ogóle nie było teraz potrzebne.
 - I wtedy, w wyniku tych naiwnych mrzonek, zdecydowałam się na coś bardzo głupiego - pociągnęła dalej, uśmiechając się lekko. Oczy miała zamyślone, wpatrzone gdzieś przed siebie. Wspominała, oddając się temu całą sobą. - Wyskoczyłam zza tego wielkiego kamienia i postanowiłam zaatakować Itachiego, mając do dyspozycji jedynie własne pięści. Rozbiegłam się, biorąc zamach a gdy byłam już blisko, wyprowadziłam cios.
 - A ja zrobiłem coś, czego w żadnym wypadku nie powinienem był robić jeśli w dalszym ciągu chciałem uchodzić za tak inteligentnego - Itachi zawtórował jej cichym śmiechem - Z początku, kompletnie nie dałem po sobie poznać, że jej obecność oraz nagły atak mnie zaskoczyły, później zaś postanowiłem zablokować jej uderzenie swoją ręką. - Po twarzy słuchaczy przebiegł grymas bólu. Ja sam ledwo powstrzymałem się od zmarszczenia brwii - Kompletnie nie wiem, co ja sobie wtedy myślałem i czemu ta starta porozsypywanych w drobny mak skał nie dała mi nic do myślenia. Jak się domyślacie, nie skończyło się to dla mnie zbyt kolorowo.
 - Skruszona kość w lewej dłoni, trzykrotne, otwarte złamanie ręki z przemieszczeniem i wybity ze stawu bark. - wyrecytowała Haruno, posyłając mężczyźnie przepraszający uśmiech - Wtedy akurat byłam z siebie bardzo dumna. W kilka sekund posłałam Dziedzica Uchiha do parteru.
 - A ja wiłem się z bólu u Twoich stóp, błagając o szybkie dobicie. Chyba nigdy nie pożałowałem swojej decyzji tak szybko. Obeszłaś się ze mną wybitnie radykalnie.
 - Nic w tym dziwnego. Byłeś kim byłeś - odparowała różowowłosa, uzewnętrzniając tą część swojej osoby, którą nieraz pokazywała światu zanim jeszcze wszystko zaczęło być tak trudne i skomplikowane.
  - Czegoś tutaj nie rozumiem. - Shikamaru mówił spokojnie, bez pośpiechu cedząc słowa przez usta -  Skoro Sakurze udało się znokautować Ciebie, Itachi, dlaczego wciąż żyjesz i jakim sposobem, jeden śmiercionośny cios sprawił, że wasze relacje stały się tak bliskie?
 - Można powiedzieć, że Sakura nie potrafi przejść obojętnie wobec osoby, która potrzebuje natychmiastowej pomocy. Nawet, jeśli tą osobą jest powszechnie znany zabójca własnej rodziny, zdrajca i na domiar złego, były mieszkaniec jej rodzinnej osady.
 - Myślę, że największy wpływ na moją decyzję miało twoje bliskie pokrewieństwo z Sasuke oraz to, jak cenny dla niego byłeś. Żywy.
- To brzmi naprawde okrutnie, Sakura-chan - wymamrotał Uzumaki, nie kryjąc lekkiego uśmieszku, który wparował na jego twarz chwilę po wyobrażeniu sobie owego epizodu z życia Sakury oraz Itachiego.
Przyznam, że dla mnie również było to na tyle niewyobrażalne, że aż komiczne. Drobna, świeża chunnika w jednym uderzeniu powala na kolana człowieka nie bez powodu umieszczonego w Księdze Bingo. Ten z kolei bez większego problemu pozwala się podejść, porażką płacąc za niedocenienie przeciwnika i chwilowe stracenie czujności.
Brzmi jak banał, żywcem wyjęty z teatrzyka kukiełek. Szczególnie, jeśli naprawdę mówimy o moim bracie.  
 - Ale tak właśnie było - potwierdził Itachi, wieńcząc zdanie pokornym skinięciem głowy - Gdy tylko Sakura zdała sobie sprawę w jak koszmarnym znalazłem się położeniu, wcale nie postanowiła ze mną skończyć. Ja z resztą wcale nie prosiłem jej o litość. Uznałem swoją przegraną, właściwie nie mając innego wyboru. Leżąc na ziemi połamany niczym jesienna gałązka niewielkie miałem szansę, na szybki i efektowny odwrót. Owszem, mogłem zasłonić się swoim Sussano i może faktycznie uczyniłbym to, gdyby zaszła taka potrzeba, Sakura jednak nie ruszyła na mnie z ponownym deszczem ciosów. Stała i rozważała, widziałem dobrze grę myśli tańczących w jej oczach. A później zapytała się mnie, tak po prostu, jakie mam zamiary oraz czym się kieruje. Uściślając, chciała się dowiedzieć czy planuję zabić Sasuke, gdy dojdzie do obiecanego pojedynku.
  Znowu zwróciłem wzrok na kobietę i tym razem nie wychwytując jej spojrzenia. Uparcie wbijała go gdzieś w podłogę, podczas gdy ja jedyne czego obecnie potrzebowałem to jej cichej akceptacji, jakiegokolwiek gestu świadczącego o tym, że nawet w konfrontacji z moim owianym złą sławą bratem Sakura stawiała moją sprawę ponad siebie. Powinna była bez wahania dobić Itachiego, tak samo jak powinna również uciekać jak najdalej z tamtego miejsca.
Ona jednak postawiła na rozmowę, bystrze odnajdując sposobność na poruszenie interesujących ją tematów.
 - Odpowiedział, że nigdy nie miał złych intencji - wtrąciła ze spokojem, a jej melodyjny, kobiecy głos kojąco poniósł się po pomieszczeniu - I że bardzo kocha swojego młodszego braciszka. Że zawsze będzie go kochał
- Uwierzyłaś w to? - Zapytał Kakashi
 - Nie.
 - Mimo to, postanowiłaś jednak mu pomóc.
 - Wcale nie wyglądał na złego człowieka, a ja, jak już wspomniałam, byłam wtedy dość naiwna.
 - Tak więc udało mi się przekonać Sakurę, że moje zamiary są jak najodleglejsze od chęci wyrządzenia krzywdy Sasuke, Konosze oraz jej wszystkim mieszkańcom.
 - W to również nie uwierzyłam, a jednak zdecydowałam się podleczyć go na tyle, by był w stanie o własnych siłach dotrzeć do kryjówki Akatsuki. Podniosłam go z ziemi, a wtedy on pokierował mnie do miejsca, w którym często zatrzymywał się, by zaznać odrobiny wytchnienia, jak to wtedy ujął. Była to niewielka, opuszczona chata w głębi lasu. Zajęłam się jego ranami tak skutecznie, jak tylko mogłam biorąc pod uwagę mój stan i raczej marny poziom chakry, po czym musiałam wyruszyć w dalszą drogę. Nie chciałam, by ktokolwiek dowiedział się o tym drobnym epizodzie. Jemu zależało przecież na dyskrecji, mi, na zachowaniu wszelkiej ostrożności.  
- Wiedziałem, na co narażam ją swoją obecnością. Pomaganie przestępcom nie było zbyt ciepło rozpatrywane przez lokalną władzę.- wtrącił mimochodem
 - Trudno mi w to uwierzyć, dattebayo - burknął Naruto, głośno drapiąc się po głowie. - Że niby wtenczas, gdy do nas dołączyłaś, Sakura-chan, i byłaś świadkiem wskrzeszenia Gaary… to że wtedy już… Ty…?
 - Już wtedy dzierżyłam w sercu ciężar wielkiej tajemnicy, tak. To prawda.
 - Proszę, nie uważajcie tylko, że nasze niespodziewane spotkanie i zawarte porozumienie w żaden sposób na nią nie wpłynęło. Gdy prowadziła mnie do chaty, spinała się i podskakiwała panicznie pod każdym strzałem pękającej pod stopą gałęzi. Obawiała się mnie, dlatego pod żebrami ciągle czułem ostrze jej podstawionego natenczas kunaia. Później również nie pozostawała zbyt rozmowna, skupiając się na swojej robocie i jednoczesnym kontrolowaniu tego, co robię z drugą, wolną ręką. I absolutnie, pod żadnym pozorem nie patrzyła mi w oczy, co chwilami było nawet zabawne.
 -W każdej chwili mogłeś wyprowadzić kontratak. Może i kompletnie straciłam rozum jednając się z tobą, na pewno jednak nie porzuciłam zdrowego rozsądku.
Itachi roześmiał sie perliście, jakby kąśliwa uwaga kobiety w żaden sposób go nie uraziła.
 - Tak czy inaczej nie sądziłem, aby opuszczając moją niewielką kryjówkę, po tej krótkiej sesji leczniczej, dziewczyna kiedykolwiek odważyła się wrócić by dokończyć składanie moich kości. Ona jednak na drugi dzień, punktualnie zjawiła się u progu. To było bardzo… zaskakujące doświadczenie. Od słowa do słowa, godziny do godziny i dnia po dniu, stopniowo stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Moja ręka pozostawała już całkowicie sprawna, a mimo to w dalszym ciągu, całkowicie naturalnie utrzymywaliśmy kontakt, spotykając się, zawsze w wielkim sekrecie dla świata.  
  A więc to dlatego karty Itachiego znajdowały się ukryte w jej szpitalnym biurku. Miała z nim stały kontakt, zapewne czuwała również nad jego zdrowiem, pomyślałem trzeźwo i zupełnie nie na czas, spoglądając na nich raz jeszcze choć tym razem zupełnie innym wzrokiem.
Prawdę przyjąłem zadziwiająco lekko, chyba ze względu na to, że nic jeszcze nie wspomnieli o romansie, który niewątpliwie zbliżył ich do siebie jeszcze bardziej.
 - To dlatego tak często znikałaś, tak, Sakuro? - Kakashi odchylił się na kanapie, poddając kobietę badawczemu spojrzeniu
 - Dokładnie tak, sensei. Teraz już rozumiecie, dlaczego nic nie mogłam Wam powiedzieć. To byłoby niczym strzał we własne kolano, a bóg mi świadkiem, wiele razy wahałam się nad wypowiedzeniem prawdy, każdorazowo jednak Itachi odwodził mnie od tego pomysłu, odwlekając sprawę na później.
 - Po prostu nie chciałem jej utracić. - odparł, czułym gestem przejeżdżając wzdłuż po bezwładnie opuszczonej dłoni kobiety. -Ten jej optymizm, energiczność, pełnia życia i wytęskniony, Konoszański, ognisty temperament w końcu były dla mnie na wyciągnięcie ręki. Tęskniłem za tym przez wiele, wiele długich lat na wygnaniu, a spotykając się z Sakurą, rozmawiając i śmiejąc się miałem wrażenie wciąż łączącej mnie więzi z wioską, dla której poświęciłem wszystko. Rozumieliśmy się bez słów, później już ufając sobie jak nikomu innemu na świecie. Opowiedziałem jej prawdę o Masakrze Klanu Uchiha, wymuszając obietnicę, że nikomu innemu nie przekaże rzeczy, których się ode mnie dowiedziała.
 - A więc wiedziałaś…? - Szepnąłem, tym razem nie musząc starać się o jej uwagę. Zielone oczy skierowane były prosto w moją stronę, połyskując zaskakującą szczerością i niewinnością zamiarów.
 - Niemal od samego początku. - Zwilżyła suche wargi językiem, chwilkę bijąc się z myślami - Gdybym tylko miała sposobność porozmawiania z Tobą kilka lat temu, bez skrupułów złamałabym obietnicę daną Itachiemu. Chodziło o wasze wspólne dobro. Prawda w tym wydaniu, rozwiązałaby bardzo wiele problemów, bez znaczenia jak ściśle była zatajona… Tak czy siak to już nieistotne, nie udało mi się dogonić cię i zdążyć ze wszystkim na czas.  
 - Co zdarzyło się później? - wtrącił Kakashi, najwyraźniej spragniony dalszych, do tej pory nieznanych nikomu losów swojej jedynej uczennicy - Mówię o chwili, gdy zaczęliście traktować się jak dobrzy znajomi.
Itachi poprawił się na fotelu, po czym kontynuował:
 - Wraz z przemijającym czasem, Sakura stała się dla mnie niczym rodzona siostra, bliska, jak najrzetelniejszy przyjaciel. Mieliśmy w końcu jedną, stale łączącą nas sprawę - Ciebie, Sasuke. Już od pierwszego dnia w którym poznałem Sakurę, bez trudu odkryłem jak głębokim uczuciem cię obdarzyła i choć ona zdawała się robić dobrą minę do złej gry, to i tak każdorazowo nadstawiała uszu, gdy przytrafiło mi się mimochodem o Tobie wspomnieć. Szybko zorientowałem się w sytuacji, a wtedy zrozumiałem, że tak, jak ja potrzebuje jej, ona łaknie mojego towarzystwa. Chociażby ze względu na to, jak bliskie dzieli nas, jako braci, pokrewieństwo.
Zabębniłem palcami o powierzchnię własnego kolana, przeskakując wzrokiem od jednej osoby, do drugiej.
Każdy słuchał uważnie.  
Wtedy też dopadła mnie następna rozterka.
  - Rodowy Pierścionek Klanu Uchiha, ten, którym przekonałaś w więzieniu starą Koharu o mojej niewinności. Nie dostałaś go od Innukiego, podobnie jak on nie odnalazł go w trawie, czy tak?  
  O dziwno, zdecydowała się ponownie odpowiedzieć na moje pytanie.
Najpierw zastanowiła się pobieżnie, jakby wracając myślami do tamtego momentu.
- Pierścionek podarował mi Itachi, ale nie było to związane z żadnym, konkretnym momentem. Po prostu przekazał mi go i kazał strzec jak oka w głowie, na wypadek, gdyby coś złego miało wydarzyć się w przyszłości.
 - Widzę, że wciąż go nosisz - mruknąłem, woląc po stokroć przeznaczyć to zdanie tylko do jej uszu. Niefortunnie jednak parę innych sztuk znajdowało się w bliskiej okolicy, z całą pewnością wyłapując to, co ja wolałbym teraz przed nimi ukryć.
Żal i rozterkę w moim tonie.
Zakląłem, tym razem w myślach, będąc jej po części wdzięcznym, że nic na to nie odpowiedziała. Kobieta zerknęła jedynie na Itachiego.
 - Na czym to skończyliśmy? - zapytała, zmieniając temat
 - Uważam, że wszystko w kwestii naszej znajomości zostało już wypowiedziane i…
 - Nie wszystko - przerwał Shikamaru, siląc się na najbardziej rzeczowy ton, jaki kiedykolwiek wypłynął z jego krtani. W stronę mężczyzny zwróciło się pięć par pytających spojrzeń, w tym jedno moje. Tymczasem Nara patrzył prosto na Sakurę - Korzystając z okazji i podejrzewając, że sprawa ta ma ścisłe powiązania z waszą historią, chciałbym dowiedzieć się paru rzeczy apropo niejakiego Taizo oraz dokładniej zorientować, dlaczego i z jakiego powodu utrzymywał on z Tobą kontakt, Sakuro?
 W ułamku sekundy cała krew odpłynęła z twarzy Haruno, znajdując miejsce na dłoniach, które kontrastując z cerą zrobiły się buraczano wręcz czerwone. Kobieta zamrugała, następnie bardzo ostrożne spojrzenie przenosząc w stronę Naruto, Hatake i finalnie Itachiego, którego mina przedstawiała się co najmniej podejrzanie.
Mężczyzna patrzył na nią tak, jakby zobaczył przed sobą całkowicie odmienną osobę. Miał zmrużone oczy i wyprostowane, sztywne ramiona.
 - Kim jest ten człowiek? - zapytał z  wolna - I dlaczego mam wrażenie, że nie usłyszę teraz od Ciebie niczego dobrego?
 Sakura zwężyła usta w wąską linię, tęsknie odwracając twarz w stronę drzwi. Wiedziała jednak, że nie może teraz odejść. Nie dziś, kiedy zdecydowali się powiedzieć sobie i wszystkim całą prawdę.
Dlatego wzięła się w garść, nabrała krótkiego wdechu po czym wiedząc, że sprowadzi tym na siebie gniew wielu osób, przemówiła:
 - Taizo Yota Higoshi był członkiem klanu Yota. Szczycił się umiejętnością długodystansowego panowania nad pogodą. Poza tym posiadał również wiele innych odpychających cech. Był przebiegły, cwany, bezlitosny i chytry. - Przerwała, by uspokoić drżenie wdzierające się w co drugą sylabę - Przypadkiem zobaczył nas kiedyś razem. Ciebie i mnie, Itachi. Nie miałam o tym pojęcia, dopóki pewnego razu w biały dzień nie zgłosił się do mnie z zamiarem opowiedzenia wszystkim, z kim prowadzę się poza granicami osady. Posądził mnie o przekazywanie tajnych informacji Akatsuki oraz szeroko pojęte szpiegostwo, co automatycznie równało się przecież ze zdradą. Spanikowałam i kompletnie nie wiedziałam co miałam wtedy zrobić… a on zaproponował pewien układ.
Nerwowo zakołysała Naori śpiącą w jej ramionach aż ta na krótko przebudziła się ze snu, nieprzytomnym spojrzeniem obiegając wszystko dookoła. Następnie na nowo zamknęła ciężkie oczka.
Haruno westchnęła cicho, tym razem nie ważąc się unieść wzroku na nikogo. Przełknęła jedynie ślinę.
 - Powiedział, że nikt nie dowie się o moich poczynaniach z członkiem Akatsuki, jeśli regularnie będę przekazywała w jego ręce trucizny, które wyprodukuję. Wspomniał, że dowiedział się o mnie tego i owego, więc wie, że jestem w tym naprawdę dobra a to może mu się przydać. Nie miałam innego wyboru. Musiałam się na to z...zgodzić - Kobieta zawahała się pod wpływem gniewnego wzroku Itachiego, którym ten potraktował ją, gdy tylko otworzył swoje zamknięte pod naciskiem trwogi powieki. Z jest ust wydostało się pojedyncze, ciężkie sapnięcie którym najwidoczniej usiłował upuścić z siebie odrobinę usprawiedliwionej złości.
 - Jak mogłaś zgodzić się na coś podobnego?! - huknął w końcu, czym chyba tylko o kilka sekund uprzedził Kakashiego, którego wzburzona postawa sugerowała równie wybuchową reakcję - Dlaczego o niczym mi nie powiedziałaś?!
 Różowowłosa struchlała, w przeciągu kilku chwil robiąc się o wiele mniejszą i pokorniejszą niż była jeszcze przed momentem. Spuściła głowę, aż włosy zasłoniły jej oczy i większość twarzy
 - Bo wiedziałam, jaka byłaby twoja reakcja. - wymamrotała - Wpadłbyś w gniew i najpewniej jeszcze w ten sam dzień udał się do Taizo, celem sprostowania całej sytuacji. Doskonale wiem, jak skończyłoby się owe prostowanie. Nabawiłbyś się jeszcze większej niesławy, uchodząc za mordercę członka jednego z najrzadszych klanów na świecie! Nie mogłam na to pozwolić przez wzgląd na Ciebie, twoją podłą przeszłość i to, jak okrutnie zostałeś potraktowany przez Władców Liścia. Dość miałeś własnych kłopotów, by nabawiać się innych, po stokroć gorszych.
 - Sakura na litość boską, szantażował cię jakiś obcy shinobi! W dodatku przez to, że utrzymywałaś ze mną stały kontakt. Uduszę cię, jak boga kocham, uduszę! Jak długo to trwało?
  - K-Kilka miesięcy? - wydukała niepewnie, przygryzając wargę
 - To znaczy ile?
 - No… Nie wiem… tak z … 18?
 - 18?! - Tym razem ryk oburzenia wydostał się z gardła Kakashiego, którego opanowanie pozostać musiało w jego obecnym gabinecie. Mężczyzna był zdruzgotany, nie mogłem jednak odgadnąć, z którego konkretnego powodu.
 - Wliczając w to 8 miesięcy śpiączki, w trakcie której nie dostał odemnie nic.
 - Abstrachując od niego, do tej sprawy wrócimy za chwilę. Jak sądzisz, co mógł robić z truciznami, które mu przekazywałaś?
Na to pytanie kobieta nie potrafiła znaleźć żadnej, racjonalnej odpowiedzi.
Pech chciał jednak, że ja co nieco o tym wiedziałem. Głos zabrałem bardzo niechętnie
 - Ja wiem - odparłem, lekko przechylając całe ciało do przodu i opierając łokcie o kolana. Naprawde, kurwa, nie chciałem się teraz odzywać -  Sakura nie miała prawa mieć o tym pojęcia, ale jej trucizny wpadały potem w łapska… w łapska Madary. Działał on za plecami Taizo, być może i był jego zleceniodawcą. Tego już nie wiem.
 Naraz Sakura z Itachim wymienili przerażone, pełne trwogi zerknięcia. W zwierciadłach kobiety odbijał się jedynie strach, tęczówki Uchihy wypełniły się jednakże również pewnego rodzaju błyskiem. Było to niczym działający trybik, jeden, ostatni puzzel dołączony do prawie skończonej układanki.
Itachi coś zrozumiał. Widziałem to wyraźnie w każdej rysie jego na pozór spokojnej twarzy. Myślał, analizując coś zażarcie do tego stopnia, że duchowo odłączył się od toczonej rozmowy, przebywając teraz w swoim własnym świecie.
  Był mistrzem analiz i szybkiego wyciągania wniosków, choć naturalnie nie mógł równać się w tym z niezawodnym Shikamaru. Pech chciał, że jego układanka jednak pozostawała o wiele bardziej wybrakowana - dlatego teraz siedział cicho, jedynie w skupieniu przysłuchując się rozmowie.
Jeśli Sakura była blada już wcześniej, tak teraz jej cera przypominała kolor kości słoniowej. Wyglądało to niczym nagle uderzająca, dobitna świadomośc tego, co się uczyniło.
 - Najprawdopodobniej moje trucizny używane były w wojnie przeciwko Sojuszowi. Wiem tylko o tym momencie ich wykorzystania, poza tym Taizo zajmował się również ich odsprzedażą. Wspomniał mi parokrotnie, że dorobił się na tym niezłej sumki..
Było jej okropnie głupio i czuła się winna, a jednak nie spuściła głowy w piasek. To znaczy, nie do końca. Śpiącą Naori przybijała ją do fotela niczym ciężki głaz, gdyby nie to, najpewniej już dawno uciekła by stąd jak najdalej.
 - Nie wdając się w zbędne szczegóły, powróćmy teraz do postaci Taizo, o którym, muszę przyznać dane mi było już raz słyszeć. Sasuke z Kibą zaznaczyli pojawienie się tego człowieka podczas jeden z waszych pierwszych misji. Uprowadził cię wtedy, jeśli mnie pamięć nie myli, a jednak zdołałaś mu uciec. Czy po tym epizodzie dalej utrzymywałaś z nim kontakt? - Kakashi był nieugięty, nie reagując na uspokajające gesty Naruto, który dość nieumiejętnie próbował załagodzić sytuację.
 - Później widziałam go tylko raz I.. I to by było na tyle. Ale więcej się nie pojawi i nie będzie niczego ode mnie żądał. To mogę wam obiecać.
 - Teraz sobie przypominam. To jego zwłoki widziałem w zrównanym z ziemią mieście, a więc to on…
 - Poczekaj, Shikamaru. - Sakura uciszyła go jednym gestem ręki, nieco nazbyt nerwowo podchodząc do zaczynanego przez niego tematu. Odetchnęła - Do tego również doj… dojdziemy. Ale jeszcze nie teraz. Po drodzę wydarzyło się jeszcze tyle rzeczy… ja…
 - Pozwólmy sobie na tą chwilę odłożyć ten przykry temat na później. - wtrącił poważnie Kakashi - Wrócimy do niego w odpowiednim czasie. Teraz jednak chciałbym usłyszeć, co zdarzyło się później. Słucham.
Haruno skupiła się i pobieżnie zabrała myśli. Zdenerwowanie trochę utrudniało jej to zadanie mimo tego, że Itachi najwyraźniej odpuścił wcześniejszą złość i teraz po prostu ścisnął ją lekko za rękę.
 - Ja również chętnie się tego dowiem. - odezwał się mimochodem, skupiając uwage na postaci dziewczyny. Jego wzrok musiał w jakiś przedziwny sposób dodać jej otuchy, bo naraz chętniej otworzyła usta.
Zrozumiałem wtedy, jak ważną osobą w życiu Sakury jest Itachi, i jak duże wsparcie jej daje.
 - Dni do Ostatecznego Pojedynku Sasuke i Itachiego nadchodziły wielkimi krokami. Bałam się… Boże, ja tak strasznie się bałam. Dobrze wiedziałam przecież, że w wyniku tej bitwy zginie jeden z nich. Możecie sobie to wyobrazić? Jeden, z dwóch najważniejszych mężczyzn w moim życiu. Wiedziałam również którym okaże się poległy... Nie jestem głupia, szybko zorientowałam się o zamiarach Itachiego, mimo tego, że on uparcie twierdził, iż nie da się tak łatwo zabić. Zamierzał na to pozwolić. - Zawahała się tylko po to, by zetrzeć z kącika oka nagromadzoną łzę - Od jakiegoś czasu Itachi zachowywał się wtedy bardzo dziwnie. Trzymał dystans, nie pozwalał się do siebie zbliżyć ani nie skłaniał się ku rozmowie. Parokrotnie nie zjawił się również w umówionym miejscu. Zrozumiałam, że usiłuje nas poróżnić, tylko po to, by moment pożegnania nie uderzył we mnie zbyt mocno. Idiota.
  - Celowo nie mówiłem Sakurze, kiedy i gdzie spotykam się z Sasuke. Poszłaby tam bez mrugnięcia okiem i usiłowała nas powstrzymać.
 - Dlatego chciałam za wszelką cenę się tego dowiedzieć. Ja znałam prawdę, wiedziałam, że wszystkie idee w które ślepo wierzył Sasuke są tylko narzuconymi mu mrzonkami. Śmierć w imię kłamstwa nie jest żadnym zaszczytem, podobnie jak późniejsze życie ze świadomością morderstwa osoby, która postanowiła jedynie się podłożyć. Wynik tego pojedynku nie złagodziłby bólu, wręcz przeciwnie, tylko by go napiętnował. A Itachi straciłby życie. W żadnym wypadku nie mogłam na to pozwolić. A ponieważ nie miałam możliwości dowiedzenia się o miejscu ich spotkania, musiałam zadziałać od drugiej strony, najlepiej tak, by nikt się w tym nie zorientował. Dlatego też poszukałam trochę tu i tam...
 - Mogłem się tego spodziewać. To ty uratowałaś Itachiego. - stwierdziłem, wcale nie będąc zdziwonym. Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu nic, co dotyczyło tej kobiety, nie było w stanie mnie zagiąć.
Już chyba przywykłem do tych wszystkich, niemożliwych rzeczy których dokonywała, niemal jeden za drugim.
 - Archiwalne zapiski Tsunade i jej badania na temat Byakugo No In były dla mnie ogólnodostępne, skrupulatnie z nich skorzystałam, nadzieję odnajdując w zakazanej, niebezpiecznej technice Błogostawieństwa Pieczęci Byakugo.
Naraz, chyba wszyscy będący w pomieszczeniu skupili się, intuicyjnie odgadując, że oto nadchodzi moment rozwiazania jednej z największych zagadek, które krążyły od dawien dawna wokół postaci Sakury.
 Ja sam nachyliłem się ku przodowi, nie chcąc ominąć żadnego z jej słów. Wszystko to było dla mnie ogromnie ważne, tylko uświadamiając, że gdyby nie ta przebojowa dziewczyna, ani mnie ani Itachiego nie byłoby teraz tutaj.
Musiał zesłać ją sam bóg, by umiejętnie poprowadziła nas, braci ślepców, w stronę prawdy i zgody.
 - Gdy niespodziewanie nadszedł dzień naszego ostatniego spotkania, Itachi pożegnał się ze mną i za wszystko mi podziękował. Płakałam jak bóbr i wcale nie chciałam, by odchodził. Nie miałam przecież żadnej pewności, że moja technika zadziała, ani, że uda mi się ją umiejętnie poprowadzić. Nigdy przedtem nie wykonywałam czegoś podobnego, jej bieg znając tylko z teorii.
 - Ciągle mówisz o jakiejś technice, a jednak nie przypominam sobie, żebyś wykonywała jakiekolwiek pieczęcie. - Przez ton Itachiego przemawiało uznanie - Nie miałem pojęcia, że możesz wtedy skombinować coś podobnego, nie zorientowałem się nawet, kiedy zdołałaś wprowadzić jutsu w życie.
 - Zaplanowałam to tak, byś się nie zorientował. Gdyby tak się stało, z pewnością uczyniłbyś wszystko, aby udaremnić moje zamiary. - Uśmiechnęła się leciuteńko i tylko na krótką chwilę - Gdy odchodziłeś, ucałowałam cię w sam środek czoła, podczas tej krótkiej sekundy przekazując ci całą swoją lecznicą czakrę oraz większą część swojej życiowej energii. To było tak, jakbym na okres kilku godzin przekazała ci uaktywnione działanie życiodajnej pieczęci. Żywiłam nadzieję, że mojej chakrze uda się tymsamym zdalnie uleczyć Twoje obrażenia i zachować cię przy życiu.
 - To dlatego po walce obudziłem się, niczym wskrzeszony z popiołów, z tak dobrym samopoczuciem. - Wypowiedź Itachiego poprzedził krótki okres zadumy. Dla mnie zaś, to wszystko było tak nierealne, że aż niemądrze otworzyłem usta -  Sasuke do tego czasu zniknął już z pola walki, nikt nie odnotował więc tego, że przeżyłem. Ani faktu, że na moim ciele nie było ani jednego zadrapania ani siniaka. Byłem ogromnie skołowany i zdziwiony, nie tak sobie to wszystko zaplanowałem.. Dotarło do mnie jednak, że nowa ewentualność otwiera przede mną wiele niedostępnych dotąd furtek. Jeśli cały świat, w tym Sasuke, uznają mnie za zmarłego, mam szansę ponownie, z ukrycia troszczyć się o osadę oraz losy tych, których ceniłem najbardziej. Gdy jednak udałem się, by podzielić się tym dziwnym zjawiskiem z Sakurą… odnalazłem ją nieprzytomną, bliską śmierci w miejscu, w którym widziałem ją po raz ostatni. Chcę, byś teraz wytłumaczyła mi, coś najlepszego uczyniła i dlaczego okazałaś się aż tak lekkomyślną!
Ton Itachiego nie budził wątpliwości. Mężczyzna był wzburzony, a jednocześnie pełen podziwu. Jedno mieszkało się z drugim, tworząc istny miszmasz.
To wszystko idealnie obrazowało wszelkie odczucia, które działy się właśnie w mojej głowie.
Teraz to już chyba nigdy nie spojrzę na Sakure tym samym wzrokiem. Do licha.
 Haruno odetchnęła cichutko, kojąco przejeżdżając opuszkiem palca po policzku córki.
 - Technika ta miała jednak swoje ciemne strony, szczególnie, gdy jej użytkownik nie przebudził jeszcze pieczęci Byakugo, jak ja. Liczyłam się z tym, a jednocześnie nie miałam innego wyboru. Kochałam waszą dwójkę tak mocno, że wolałam poświęcić samą siebie. To było najmniej destrukcyjne z wyjść, koniec, który w żadnym stopniu nie poruszyłby Sasuke, a jedynie lekko ugodził w Ciebie. - Poruszyła się nerwowo w miejscu, podkulając nogi pod fotel - Przekazując Ci swoją energię życiową, zgodziłam się postawić swoje życie na szali śmierci. Zrobiłam to dobrowolnie, znając konsekwencje… Później, jedyne co pamiętam to fakt, że obudziłam się w Konoszańskich bunkrach.
  - A więc to technika Błogosławieństwa Pieczęci spowodowała, że za sprawą braku energii i chakry zapadłaś w długoterminową śpiączkę - Shikamaru zgrabnie zebrał wszystkie informację w jedna, płynną całość - A Itachi, jak mniemam, był osobą która dostarczyła cię w tym stanie przed bramę Konohy.
 Oboje, zgodnie skinęli głowami.
 - A teraz, gdy już wyjaśniliśmy sobie tajemnice przeszłości, nadszedł czas, by porozmawiać o wydarzeniach ostatnich kilku tygodni… - Starszy Uchiha powiódł rozżalonym spojrzeniem w stronę śpiącego w ramionach matki dziecka, już po chwili odbierając od Sakury niewielkie zawiniątko. Kobieta przekazała mu córkę bez słowa, następnie splatając swoje palce na kolanach. Ścisnęła dłonie. Tymczasem mężczyzna poniósł głowę, konfrontując ze mną spojrzenie. Minę miał poważną, postawę spiętą. To nakazało mi zachować czujność, jednocześnie pozwalając czuć się bardzo nieswojo. I wtedy Itachi znów przemówił, przyprawiając mnie o lodowate dreszcze: - Jak widzicie, w naszej historii nie było miejsca na ani jeden romantyczny epizod…..Prawda jest taka, że od samego początku bardzo was oszukiwaliśmy. Musicie wiedzieć, że nie jestem i nigdy nie byłem partnerem Sakury, podobnie jak ona nie darzy mnie żadną, żarliwą miłością. Nigdy nie dotknąłem jej w jakikolwiek intymny sposób ani nawet nie pocałowałem. Jest bardzo bliska mojemu sercu, to prawda. Traktuje ją jednak jak rodzoną siostrę.… Tym samym... - Odczekał chwilę, nim w końcu z żalem dodał: - Naori wcale nie jest moją córką.
Sakura mocno zacisnęła usta, ja zaś już otwierałem swoje chcąc wyrzucić z nich coś na kształt oburzenia, uprzedziły mnie jednak jego następne słowa.
 - Nie jest również Twoją, Sasuke.
To wszystko wstrząsneło mną do tego stopnia, że świat wokół przestał istnieć.
  Przez twarze obecnych przeszła fala szoku. Naruto aż poderwał się z miejsca, Shikamaru głośno wciągnął powietrze, Kakashi rozszerzył mocno oczy.
Ja natomiast zamarłem, jak rażony potężnym piorunem. Zamrugałem raz, potem drugi a serce biło mi tak mocno, że niemal słyszałem jego szaleńczy stukot.
 Patrzyłem raz na Sakurę, raz na Itachego, bez rezultatu. Kobieta żałośnie spuściła głowę, aż z jej piersi wyrwał się krótki szloch.
 - Naori jest córką…. - Starszy Uchiha wyciągnął dłoń, czule otaczając nią drobną damską rękę, którą kobieta własnie mocno zaciskałą na powierzchni kanapy - … jest córką Madary.  I to on właśnie dzisiaj złożył nam niezapowiedzianą wizytę.
Cały mój świat wybuchł, rozpieprzył się w drobne okruchy. Nie czułem niczego.
  Poza ogromną wściekłością. Patrzyłem przed siebie, a jednak widziałem jedynie krwawą mgłę. Ślepa furia ogarnęła wszystkie moje człony.
Skurwysyn.
Zabije go, rozjebie, zniszczę.
 Nim zdołałem się zorientować, wstałem. Jeszcze szybciej wyszłem.
A w dłoni dzierżyłem katanę, którą właśnie spoowijał błysk stu piorunów.



Aut:
Niedługo koniec, moi kochani... :<
Słów mi brak.  
  W tym wszystkim życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku! (I mam nadzieję, że barszczyk smakował)
Pozdrawiam.
Temira ♥♥