poniedziałek, 7 sierpnia 2017

23. Cenisz sobie brak komfortu?



   - Stary, nie musisz się tak ciągle gapić w to okno. Przecież nikt nie napadnie jej w środku wioski, w dodatku w biały dzień.
 Naruto siedział naprzeciwko i jak zawsze, pierdoleniem doprowadzał mnie do szału, dostarczając jak na tacy wszystkich emocji, których generalnie wolałbym unikać, zważywszy że jesteśmy - jak słusznie zauważył - w centrum wioski i każdy może nas zobaczyć. Co jak co ale tłuc tego pajaca wolałbym na osobności. Zerknąłem na niego nieprzychylnie, z każdym kolejnym słowem będąc coraz dalej od twardego postanowienia, nie irytowania się z byle powodu, gdy w grę wchodzi Sakura.
   - Nie jestem tego taki pewny.
   - Gdybyś był, nie siedzielibyśmy teraz tutaj, a ja nie czułbym się jak prześladowca.
   - Przestaniesz marudzić?
Naruto przybrał poważny wyraz twarzy i pochylił się w przód.
   - Bardzo bym chciał, ale pomyśl Sasuke. Nasze narzeczone po raz pierwszy od dawna wyszły gdzieś same, a my co robimy? Siedzimy 50 metrów od nich.
   - I zapobiegamy ewentualnemu porwaniu. W czym masz problem? - Westchnąłem głęboko, żałując, że postanowiłem zabrać Uzumakiego ze sobą. Samotnie miałbym większą szansę nie zostać przyłapanym, tymczasem aktualnie wrzaski tego pajaca sprowadzają na nas spojrzenia chyba wszystkich, którzy pojawią się akurat w okolicy.
   Zapatrzyłem się melancholijnie w szklaną powłokę, przez którą wyraźnie widziałem czubek głowy Sakury, ledwie wyłaniający się zza obszernego fotela w wypłowiałym, brązowym kolorze. Kręciła się niemal non stop i co rusz poprawiała włosy, zaczesując je do tyłu. To, sam dokładnie nie wiem w którym momencie, przywołało na moje usta czuły półuśmiech. Siedząc, stojąc czy podczas snu, zawsze była w ciągłym ruchu. Nawet jeśli oznaczało to tylko obracanie czegoś w dłoniach. Wyszczególniłem tą przypadłość całkowicie przypadkiem, gdy z braku konkretnego zajęcia obserwowałem jej sposób poruszania się w domu. Stawiała ciche kroki, zawsze była gotowa szczerze się uśmiechnąć i co ciekawsze, często rumieniła się w sposób przez większość czasu przeze mnie nie dostrzegalny. Kiedy tylko przyszło jej zmierzyć się z własnym skrępowaniem lekko spuszczała głowę, zasłaniała się włosami i dyskretne wycofywała. Od kiedy odkryłem ten drobny podstęp, obserwowałem jej nieporadne poczynania ze skrywanym rozbawieniem, nawet jeśli na zewnątrz pozostawałem pozornie obojętny.
   - Słuchasz ty mnie w ogóle? - Mruknął ponuro Naruto, robiąc zniechęconą minę
   - Tak, tak. Mów dalej - odparłem, nawet nie niego nie patrząc.
 Nie wiem co dokładnie we mnie uległo przemianie, ale ostatnimi czasy zdecydowanie częściej niż przez 23 lata swojego życia, miałem ochotę szczerze się roześmiać. Wziąć ją w ramiona, przytulić. Nagle coś takiego wydało mi się świetnym pomysłem, absolutnie niezwiązanym z niesubordynowanym zachowaniem pewnych części ciała.
 I wtedy Ona odwróciła się, a nasze spojrzenia skrzyżowały się na jedna, krótką chwilę, po której zostałem obdarzony najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widziałem na jej twarzy. Niewątpliwie, była szczęśliwa.
Chciałem wierzyć, że to po części moja zasługa.
A wiedza ta była mi bardzo przyjemna, co wprawiło mnie w głęboką zadumę. Właściwie jak mocno lubię Sakurę?
Ponownie zerknąłem w jej kierunku, lecz ona już zajęta była żywym rozmawianiem z przyjaciółkami. Gestykulowała, śmiejąc się w głos…
    A ja obserwowałem ją z roztargnieniem. I nikt już nie miał znaczenia.


   Kilka dni później siedziałem nad ciągnącym się kilometrami zwojem, zawierającym wszystkie informacje jakie według Ino, powinny znaleźć zastosowanie w naglących przygotowywaniach do nadchodzącego ślubu. Niemiłosiernie usiłowałem nie zasnąć. Yamanaka poczęstowała nas solidnymi wytycznymi, od wyglądu sukni po wypastowanie podłogi na sali włącznie i, chyba tylko z szacunku do jej pracy, na przemian z Sakurą, rotacyjnie staraliśmy się przebrnąć przez ten cały tabun dobrych rad. I faktycznie, większość z nich była warta rozważenia, o ile tylko ma się w sobie chodź odrobinę ochoty, by po tej karkołomnej lekturze myśleć jeszcze o kwestiach jakiegokolwiek ożenienia się, tudzież zamążpójścia.
 Nie przesadzę stwierdzając, że zarówno ja jak i moja wybuchowa narzeczona, nie raz mieliśmy ochotę rzucić gdzieś tym cholernym pierścionkiem i zapomnieć o sprawie. Zapomnieć o setkach przygotowań, kwiatach, wszystkich tych pierdołach, które nie powinny zaprzątać nam głowy, bo ceremonia miała być skromna! A przyjdzie chyba cała Konoha.
  Datę ustaliliśmy wspólnie z Kakashim i jest to chyba jedyna rzecz, na którą miałem wpływ. Sakura zdaje się również, bo chodź w życiu nie przyzna się do tego głośno, już dawno straciła panowanie nad sytuacją. Ino oszalała, nachodząc nas trzydzieści razy dziennie i zasypując potokiem słów, dla ironii bardzo silnie powiązanych z treścią zwojów, toteż pierwsze minuty ceremonii znałem już chyba na blaszkę.
   W pełnej konspiracji, staraliśmy się tarasować czymś ciężkim każde możliwe drzwi.
   Zgodnie z ustaleniami, ślub ma odbyć się już za półtora tygodnia. Hokage stwierdził, całkiem zresztą słusznie, że im szybciej przez to przebrniemy tym lepiej, bo żadna nieplanowana sytuacja nie wypłynie, a ja, za sprawą przywiązania do Sakury już na zawsze, z powodzeniem oczyszczę się z zarzutów, które mimo niewypowiedzenia i tak trwają gdzieś na ustach Starszyzny.
 Półtora tygodnia.
Półtora tygodnia barykadowania każdej możliwej dziury w domu, byleby tylko opętana Ino nie wtargnęła do środka.
  Przejechałem palcem po zbitej linijce tekstu i miałem ochotę głośno zapłakać nad swoim losem. Kto by pomyślał, że tak skończę. Jako stateczny obywatel, mieszkający w domu na przedmieściach i z kawą przy lewej ręce, analizujący sprawy organizacyjne własnego ślubu. W dodatku za żone biorę zmorę mojego dzieciństwa, dla której niezaprzeczalnie straciłem głowę i wcale mi to nie przeszkadza. Do pełni wizji brakuje mi tylko psa i latających za nim dzieci.
Wielkie nieba, dzieci.
   Na szczęście od dalszych rozmyślań wyrwał mnie ponaglający krzyk Sakury, dochodzący gdzieś z oddali. Nawoływała moje imię, najpierw spokojnie, później już nieco nerwowo. Chętnie zerwałem się z miejsca i ruszyłem śladem jej głosu, znajdując ją w końcu wciśniętą w róg składzika, niewielkiego pomieszczenia na rzeczy stricte chemiczne, bądź nadające się do sprzątania.
   - Na co się tak gapisz, pomóż! - zawołała, nawet nie odwracając głowy w moją stronę. Różowa czupryna podrygiwała gwałtownie, gdy ich właścicielka za sprawą krótkich skoków, usiłowała dosięgnąć kartonu, znajdującego się na najwyższej półce, niemal pod samym sufitem. Obserwowałem to rzecz jasna z rozbawieniem, bo widok jej rozeźlonej osoby zawsze, w jakiś przedziwny sposób poprawiał mi humor. - Sasuke!
   - Przesuń się trochę. Przecież nie zmieścimy się tam oboje.
Posłusznie usunęła się w bok, ściśle przylegając plecami do obładowanych półek, zajmujących wszystkie trzy ściany i tak niewielkiego pomieszczenia. Raz jeszcze zerknąłem na karton i nie spuszczając z niego wzroku, wcisnąłem się do środka.
I bez Sakury, przywierającej kurczowo do mojego boku było tam piekielnie ciasno. Ledwo byłem w stanie wyprostować rękę, nie zwalając przy tym dziesiątek preparatów.
   - Dosięgniesz?
Ciągle śledziły mnie te zielone ślepia dziewczyny, która wysoko zadzierając głowę obserwowałą, jak bardzo, bardzo powoli zsuwam z regału ciężki pakunek.
   I nagle rozległ się cichy trzask, po którym zapadła przeraźliwa ciemność. Zamarłem w połowie ruchu.
   - Sakura? - Zapytałem kontrolnie, instynktownie wsuwając karton z powrotem na miejsce.
   - Tak? - odpowiedziała, równie cichutko. Słyszałem, jak rękami szura po drzwiach próbując odnaleźć klamkę. Uzbroiłem się więc w cierpliwość i czekałem, ale gdy natrętny dźwięk nie ustawał a jej ruchu zrobiły się bardziej gwałtownie, nie wytrzymałem.
   - Masz ją w końcu?
   - Nie - odparła rozpaczliwie - Nie ma jej tutaj.
   - Co?
   - Nie ma klamki po tej stronie drzwi. Sam zobacz.
   Nie chciałem w to wierzyć, ale tak jak mówiła, drzwi pozostawały zatrważające gładkie niemal w każdym miejscu. Tego mi właśnie, kurwa, brakowało.
   - Jasna cholera!
Z trudem opuściłem ręce wzdłuż ciała, a odgłos spadających na ziemię opakowań zagłuszył uciążliwe westchnięcie. Sakura nie poruszała się, jeśli nie liczyć ręki, którą wciąż, w swej naiwności próbowała uchwycić nieistniejącą klamkę.
   - Sasuke nie denerwuj się, ja mam pomysł. - wyznała, gdy już dała sobie spokój i odgłos szamotaniny ustał, zatapiając nas w ciszy. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, i teraz byłem w stanie zobaczyć jej włosy oraz wielkie, połyskujące oczy, wpatrujące się we mnie niemal ze strachem.
 Dla obopólnej wygody, obróciłem się do kobiety przodem,  tym samym zapewniając nam odrobinę wolnego miejsca - akurat na tyle, by móc swobodnie oddychać. Czułem ciepłe powiewy na torsie, podobnie jak ona musiała odczuwać je na swojej głowie.
   - Myślałem, że pilnujesz tych drzwi. - Byłem opanowany, ale w środku aż skręcało mnie ze zniecierpliwienia. I nie chodziło wcale o sam fakt ugrzęźnięcia w składziku, bo z reguły bywałem wyrozumiały. Sęk w tym, z kim tutaj utknąłem. I dlaczego ona, nawet w takiej sytuacji, kręci się ciągle, doprowadzając mnie do kresu wytrzymałości.
   - Nie wiedziałam, że same się domykają - burknęła na swoją obronę i zachmurzyła się, co zarejestrowałem odwróceniem przez nią głowy w bok. Kolejny ruch. Jej długie włosy zamigotały w powietrzu, ocierając się o moją skórę na ramieniu.
   - Nie gadaj tyle, tylko realizuj szybko ten pomysł - syknąłem przez zaciśnięte zęby, mając na uwadzę, że jeśli zaraz się nie wydostaniemy, a ona ciągle będzie się tak kręcić.. to nie wiem co zrobię. To znaczy wiem. Ale nie chce przyznać się do tego głośno.
 Sakura od razu rozpromieniła się i - na boga! - odwróciła w stronę drzwi, ocierając całą sobą o moje ciało. Głośno zaczerpnąłem powietrza i wstrzymałem oddech.
   - Po prostuje je rozwalę! Uwaga! - zawołała energicznie.
Rozległ się drewniany odgłos uderzenia pięścią w drzwi i.. nic poza tym.
   - Sasuke? - Kobieta nie kryła zdziwienia, w przypływie paniki uderzając w te przeklęte wrota jeszcze kilka razy, bez skutku. Drzwi ani drgnęły, w ogóle nie przejmując się ciosami różowowłosej, które zazwyczaj działały rozkruszająco na każdy rodzaj powierzchni. - Dlaczego to nie działa?!
  I wtedy poraziła mnie nagła myśl. Myśl, za sprawą której straciłem szansę na wyjście stąd przy pełni zmysłów.
   - Chyba wiem dlaczego - Miałem ochotę bić czołem o półkę, więc po prostu to zrobiłem, uderzając łącznie dwa razy. I za każdym razem przeklinałem siebie i swoje cudowne rozwiązania. - Pamiętasz, jak rozwaliłaś ścianę?
  - No tak - przyznała nieufnie, a ja niemal czułem na sobie jej baczny wzrok.
  - Dzień później, razem z Naruto postawiliśmy wokół domu barierę, mającą chronić budynek przed twoją siłą.
  - Że co zrobiliście?! - Odwróciła się znowu, tym razem do mnie. Przeklęta istota!
  - To było koniecznie, inaczej rozniosłabyś w proch cały dom.
  - To była tylko ściana!
  - Na dobry początek - Trudno było mi myśleć i odpowiadać, kiedy jej piersi ocierały się o moją klatkę piersiową, za każdym razem kiedy tylko nabierała wdechu.
Groźnie ściągnęła ku sobie brwi.
   - Ściągnij tą przeklętą barierę ale już!
   - Sęk w tym, że nie mogę.
   - Nie możesz?!
Śmiesznie musiałaby wyglądać ta rozmowa z perspektywy osób, znajdujących się w salonie. Niepozorny składzik i krzyki złości, wydobywające się z niego w coraz burzliwszych tonacjach.
Sakura nie kryła zirytowana, ja unikałem jej wzroku i maniakalnie zaciskałem szczękę.
   - Jak sama nazwa wskazuje, jest to bariera. Aby ją stworzyć, musiałem porozstawiać pieczęcie wokół całego domu.
   - Czyli to oznacza.. że.. słodki jezu… To twoja wina, że tutaj utknęliśmy! - zawyła nagle i gdyby nie panująca ciasnota, właśnie okładałaby mnie pięściami po brzuchu.- Utknęliśmy na zawsze, bo nikt nas stąd nie wyciągnie przez następny tydzień!
   - Dramatyzujesz - Usilnie starałem się skupić myśli, odnaleźć rozwiązanie, może lukę w działaniu techniki.. Ale nie. Ona wolała ciągłe przyciągać moją uwagę, wydobywając z siebie serię złorzeczących szeptów. Ilektoś bym się nie skupił, do uszu samoistnie docierały syczące epitety: “dureń, bałwan, zginiemy, nie chce umierać, pajac “. I tak w kółko i w kółko.
 Nawet nie miałem jak zatkać jej rozszalałych ust, bo za mała przestrzeń nie pozwalała na swobodne uniesienie rąk.
   - Sakura.
Zamilkła raptownie, świdrując mnie połyskującymi z ożywieniem oczami.
   - Co?
   - Podnieś głowę
   - Po co?
   - Po prostu to zrób.
Spełniła moją prośbę, przez moment zachowując względną ciszę i czekając, cały czas patrząc na mnie z roztargnieniem.
  Odetchnąłem głęboko a potem Sakura się poruszyła. Zaledwie odrobinę, tylko lekko zakołysała biodrami. To jednak wystarczyło. Musiałem ją pocałować. Nie powstrzymałbym się nawet, gdyby Madara zaatakował Konohe, nawet gdyby niebo runęło na ziemię i nawet gdyby ktoś właśnie w tym momencie, otwierał ten przeklęty składzik.  
Pochylając się, dobyłem jej pełnych warg. Zmysłowe mruknięcie kontrastowało z zdławionym okrzykiem zdziwienia, który wydała.
Całowałem ją i całowałem a potem całowałem jeszcze trochę.
W końcu na sekundę uniosłem głowę na tyle, żeby złapać oddech, lecz sekunda wystarczyła aby ta okropna kobieta zdążyła się odezwać
   - To dlatego chciałeś żebym podniosła głowę?
    - Przestań gadać!
Pocałowałem ją jeszcze raz i z pewnością nie poprzestałbym na tym, gdybyśmy nie byli ścisnieci tak mocno, że nawet gdybym próbował nie mógłbym ją objąć
   - Sasuke? - odezwała się, kiedy znów musiałem zaczerpnąć oddechu
   - Ależ masz do tego talent!
   - Do pocałunków? - spytała bardziej zadowolonym głosem niż zapewne zamierzała.
   - Nie, do wykorzystywania każdego mojego oddechu na gadanie.
   - Och!
   - Ale w pocałunkach też jesteś dobra. Trochę wprawy i staniesz się mistrzynią.
Sakura wbiła mi łokieć w brzuch co było prawdziwą sztuką, zważywszy na ciasnotę pomieszczenia. A potem splotła ze sobą nasze dłonie.
Trwaliśmy tak, ni to z ochoty, ni to z konieczności (chodź zapewne w gre wchodziło zarówno jedno jak i drugie) przez bardzo długi czas. Czas, który ona poświęciła na żmudny monolog, bo akurat w tym momencie przypomniała się jej niecierpiąca zwłoki kwestia, niewątpliwie zaczerpnięta ze Ślubnego Elementarza Ino Yamanaki. I chodź lubiłem barwę jej głosu, nie jego chciałem w owej chwili doświadczać.
   - Mam prośbę - mruknąłem w pewnym momencie, skutecznie zatrzymując ją w połowie zdania. Delikatnie oparłem głowę o jej czoło. - Czy mogłabyś używać tych swoich usteczek do czegoś innego, niż mówienie?
   - A to dlaczego? - zdziwiła się.
   - Bo ciągle mówisz. Przestań to robić!
  - Czyżby?! - żachnęła się - Skoro tak, to ja już się w ogóle nie będę odzywać.
I odwróciła głowę, wydęła wargi i odsunęła się tyle, ile mogła - czyli o milimetr. Zrobiłem zblazowaną minę.
   - Co ty robisz?
   - Nie odzywam się do ciebie, sam tego chciałeś!
Obraziła się.
Poważnie.
Czy to ta klaustrofobiczna aura działała na nią z tam buntowniczą zjadliwością? Nie miałem pojęcia. Przecież ona nigdy nie rzucała na mnie fochów..
Co gorsza, nie wiedziałem też, jak mógłbym ją ugłaskać, mając do dyspozycji tylko, dla ironii, słowa. Akurat ich chciałem uniknąć. Akurat teraz!
Przeklęte, cholerne kobiety. Same problemy!
  - Mój Boże, Sakura uważaj na głowę!
Zaoferowana drgnęła i zadarła podbródek do góry, a gdy usiłowała dopatrzeć się powodu domniemanego zagrożenia, znowu ją pocałowałem, z całą żarliwością napierając na kobietę swoim ciałem. Nie opierała się długo, jeśli o jakimkolwiek opieraniu się może być w ogóle mowa. Od razu odpowiedziała mi z równą namiętnością, unosząc się na palcach.
   - Hej! - Tym razem nie czekała aż złapie oddech
   - Co do diabła!
   - Chyba coś słyszałam. Cicho bądź!
Przybliżyła tą swoją małą główkę do drzwi i nasłuchiwała. przytykając palec do wilgotnych warg na znak kompletnej ciszy. Następnie załomotała w drewniane wrota, aż te niemal się zatrzęsły, krzycząc jednocześnie:
    - Halo! Tutaj!
   - BOŻE ALE SIĘ WYSTRASZYŁEM! - Rozległo się natychmiast gdzieś z wnętrza domu. - Skąd dochodził ten krzyk? Ktoś tu jest?!
   - Zza drzwi! - Krzyk Sakury niemal rozerwał mi bębenki w uszach - Otwórz je!
  Niestosownie długa chwila minęła, nim klamka po zewnętrznej stronie zaskrzypiała przeraźliwie, sygnalizując nacisk. Drzwi uchyliły się, wpuszczając do środka nieco światła. Przymrużyłem oczy podczas gdy Sakura energicznie rozwarła przejście na oścież.
 Stanęliśmy twarzą w twarz z żywą postacią chodzącego szyderstwa.
   - Tego się, doprawdy, nie spodziewałam.
  Morskie oczy wpatrywały się w nas z zażenowaniem spod cynicznie uniesionych brwi, jakby ich właścicielka sama odczuwała głęboki żal, widząc nas tutaj, w takiej sytuacji. Za jej plecami czaił się Kankuro, i to niewątpliwie jego głos musieliśmy słyszeć, bo nie wydaje mi się, aby Temari było w stanie zaskoczyć coś takiego, jak nagły odgłos z innego pomieszczenia.
Mimo to oboje wpatrywali się w nas z dziwnymi minami.
Usłyszałem nerwowy śmiech Sakury.
   - Jak tutaj weszliście? - odezwałem się, targnięty nagłą konkluzją.  
   - Oknem, bo drzwi były zamknięte na setki zamków.
   - Wiem. Osobiście je wszystkie zamykałem.
Buntowniczka przyjrzała mi się z rozbawieniem, który nie często rejestrowałem w jej oczach.
   - Jak rozumiem, wolisz pukać Sakure w świętym spokoju. - Przeniosła wzrok na otwarty składzik i chwile badała jego zawartość - Dlatego przeleciałeś ją w tamtym miejscu? Cenisz sobie brak komfortu, czy to tylko ta obsesja nie zostania przyłapanym?
   - T-Temari! - Sakura zdecydowała się interweniować, wkraczając zdecydowanie pomiędzy naszą dwójkę. Chwyciłem ją za ramię, chcąc, ładnie mówiąc, zdjąć Haruno z linii ognia, ale ona zaparła się jak osioł i ani drgnęła. - To wcale nie tak! Utknęliśmy tam, bo Sasuke pomagał mi ściągnąć coś z górnej półki.
   - Co tutaj robicie? - Wpadłem w potok zbędnych wyjaśnień Sakury, przebijając się szorstkim głosem ponad jej piskliwy ton.
Kankuro rzeczowym ruchem naciągnął kaptur na głowę.
   - Ino nie mogła się tutaj dostać, kiedy akurat przechodziliśmy obok. W każdym razie spieszyła się i kazała przekazać Sakurze to.
Wręczył jej starannie owiniętą czerwonym materiałem paczkę.
Haruno chwilę oglądała niemałe zawiniątko, lecz nie zdecydowała się, mimo wszystko pokazać wszystkim jego zawartości. Delikatny uśmiech zagrał na jej wargach po czym zniknął.
   - O, skoro już jesteście! Pomożecie nam wypisywać zaproszenia! - zaćwiergotała w pewnym momencie
   - Akurat nie mogę - Kankuro bezradnie rozłożył ręce.

   - Nie w tym życiu - zgodnie poparła go Temari.
I zanim się obejrzeliśmy, już ich nie było.



Autorka: I tak oto wyczerpał się mój zapas rozdziałów, które miałam już napisane.. Nie będę miała więc czego opublikować; bynajmniej do czasu, gdy nie wezmę się w końcu za siebie. A powiem szczerze, w tej materii wcale nie rokuje... Muszę odreagować, znaleźć chwilę między chłopakiem a pracą. Póki co brakuje mi czasu nawet na te dwie rzeczy - i nie wiem jak to się dzieje. W każdym razie może co nieco zmieni się po wakacjach, gdy pogoda się zepsuje a jeziora nie będą już tak przyciągać  :)
Mam nadzieję, ze chociaż garstka z Was wytrwa w tym moim kryzysie..
Pozdrawiam!
I do następnego!